Punkt węzłowy (5) – NPW albo “brzoza warszawska”

Jeśliby ktoś spytał mnie, który z punktów węzłowych historii związanej z tragedią z 10-04, jest tym największym „supłem”, który na razie nie został ani przecięty, ani rozwiązany, to odrzekłbym: praca polskich prokuratorów wojskowych (tudzież instytucji z nimi związanych, szeroko rzecz ujmując), którą możemy określić kryptonimem „warszawska brzoza” (analogicznie do „brzozy smoleńskiej”). Na stronie NPW mamy czarno na białym podane, że: W pierwszych dniach po katastrofie przebywający na miejscu zdarzenia polscy prokuratorzy wojskowi nie prowadzili samodzielnie żadnych czynności procesowych . Koresponduje to zresztą intrygująco z tym twierdzeniem prok. gen. A. Seremeta, który w wywiadzie dla Czerskiej Prawdy (kwiecień 2012) stwierdził (a propos „brzozy smoleńskiej”), iż prokuratorzy widzieli ją bezpośrednio po katastrofie. Niestety bowiem, nie tylko Seremet „bezpośrednio po katastrofie” nie widział żadnej brzozy w Smoleńsku, ale też żaden z prokuratorów wojskowych z Polski.

Nawiązując zaś do tego enigmatycznego cytatu ze strony NPW należałoby powiedzieć po prostu, nieco go korygując, iż 10 Kwietnia „na miejscu zdarzenia” prokuratorzy wojskowi z Polski nie prowadzili żadnych czynności procesowych – nawet niesamodzielnie. Jak pisałem w notce o KBWLLP , płk dr E. Klich, z którym paru prokuratorów wojskowych zabrało się owego dnia do Smoleńska na Siewiernyj jakiem-40 (045; tym, co rankiem miał mieć „awarię” na Okęciu) ponoć o godz. 15:30, wspominał, że z delegacją znad Wisły musiał najpierw przeczekać na pokładzie po wylądowaniu dwie godziny. Tak długo trwały „formalności”. Następnie zaś delegacja ta udała się na krótką wieczorną wycieczkę po polance samosiejek z gospodarzami, gdzie przy „ogonie tupolewa” zostały polskim przedstawicielom przez tychże gospodarzy „okazane czarne skrzynki”. Te zaś potem nocą, jak opowiadał z kolei płk Z. Rzepa, poleciały w kartonach do Moskwy (i płk. Rzepą między innymi też) . I tyle, jeśli chodzi o jakiekolwiek „oględziny” po „katastrofie” na „miejscu zdarzenia”.

Tym niemniej to nie byłby pełny obraz sytuacji z 10-04, ponieważ, przynajmniej wedle poczynionych w 2010 r. ustaleń P. Nisztora i K. Galimskiego, (którzy już od bardzo długiego czasu nie zajmują się „sprawą”, tak jak i inni przedstawiciele mediów zależnych i niezależnych, pokornych i niepokornych), prokuratura wojskowa w godzinach popołudniowych 10-04 wysyła ludzi na Okęcie . Lotnisko to wprawdzie oficjalnie „miejscem zdarzenia” żadnego nie było, ale akurat od niego jakieś „czynności procesowe” się zaczynają. Pewnie dlatego że Wojskowy Port Lotniczy był o te kilkaset kilometrów bliżej niż np. XUBS, ktoś może powiedzieć. Albo też dlatego, że na stołecznym lotnisku było więcej do zabezpieczenia, prawda. Tak się bowiem złożyło, jak już historia „smoleńsko-warszawska” nam pokazała na przestrzeni minionych lat, że o ile zdjęć wschodniej części Siewiernego (rzecz jasna „po katastrofie”, bo z czasem „sprzed” niej jest nieco gorzej i z zachodnią częścią tego lotniska w dn. 10-04 także) upubliczniono sporo – o tyle zdjęć WPL z czasów wylotów delegacji jest tyle co nic. Z tego ostatniego wynika, że fotosy WPL zabezpieczono tak dobrze, że aż za dobrze. I ktoś niegramotny mógłby podejrzewać, że NPW coś ukrywa przed ludźmi, jakby cokolwiek do ukrycia mogło być. Mimo upływu czasu zresztą „wątek okęcki” pozostaje pilnie strzeżony nie tylko przez NPW, ale i zaprzyjaźnione media z lewej i prawej strony oraz wszystkie środowiska polityczne, zarówno rządowe, jak i opozycyjne. Uwaga „wszystkich” niezmiennie spoczywa na „końcóweczce” oraz polance samosiejek.

Hipnoza społeczna trwa w najlepsze, aczkolwiek, i samą polankę samosiejek z popołudniowych (lokalnego czasu) godzin 10-04 okrywa mgła tajemnicy wojskowej, ponieważ do dziś nie wiadomo, kto, jakie i ile zdjęć pobojowiska wykonał – wraz z ewentualnymi fotografiami ciał podczas „ewakuacji” prowadzonej rzekomo od godz. 15-tej rus. czasu (za pomocą czerwonych i fioletowych trumien). Prawdopodobnie byli to borowcy (z Katynia), lecz – znów zgodnie z ustaleniami Galimskiego i Nisztora – ich materiały utajniono (tak jak wiele innych dokumentów, ustaleń etc. ). Co w takim razie z kłębiącymi się w okolicach remizy strażackiej i bocznej bramy Siewiernego żurnalistami i operatorami, którzy mogliby zrobić mnóstwo zdjęć aparatami, komórkami, kamerami etc.? Legenda głosi, że nie mogli oni o własnych siłach dotrzeć do polanki samosiejek, tak szczelny był kordon ruskich mundurowych wokół „miejsca katastrofy”. Ale przecież nie jest to do końca prawda, bo, jak pamiętamy, kamery – także polskiej telewizji – towarzyszyły politykom (zarówno rządowym, jak i opozycyjnym) na pobojowisku i, co należy zdecydowanie podkreślić, kamery te były w pobliżu ciał. Przynajmniej tych trzech, które w jakiś sposób, „wyeksponowano” (R. Kaczorowskiego, L. Kaczyńskiego i K. Putry), a nie „ewakuowano” w godzinach popołudniowych. Czy w takim razie nie mogły te telewizyjne kamery – zwłaszcza na potrzeby czynności procesowych – dokładnie sfilmować wyglądu i stanu tychże ciał? Czy też ktoś, np. krzątający się owego wieczoru w Smoleńsku P. Kowal, dopilnował, by operatorzy nie dokumentowali tego? To pytania, które czekają na odpowiedzi.

Wracając jednak na polską ziemię i podchodząc do sprawy „czynności procesowych” i ich utajniania nieco naokoło (a tylko takie drogi zawiłe funkcjonują w przypadku historii z 10-04 – te najprostsze bowiem są zabarykadowane i zabetonowane przez instytucje „badawczo-śledcze”) na koniec. Musimy się przenieść nieco w czasie, do marca 2012. Podczas posiedzenia ZP z udziałem M. Badena, amerykańskiego specjalisty z dziedziny medycyny sądowej, którego NPW nie dopuściła do udziału w czynnościach procesowych związanych z poekshumacyjnym badaniem paru ciał ofiar, sen. B. Gosiewska wspomina taki, zaskakujący nie tylko dla niej, jak sądzę, epizod (związany z jednym z wojskowych prokuratorów):

powiedziałam, że to jest nieludzkie postępowanie prokuratury, jeżeli teraz, po dwóch latach, z urzędu zarządza ekshumację i nie pozwala mi do zespołu biegłych włączyć nawet jednego biegłego na mój wniosek. Tylko zespół jest ustawiony od początku do końca przez biegłych prokuratury . Prokuratura stwierdziła, że ona ma wszystkich biegłych, wszystkich specjalności i nie jest możliwe włączenie kolejnego biegłego ze Stanów Zjednoczonych. Natomiast ta wypowiedź moja [telewizyjna – przyp. F.Y.M.], szefa i z-cę szefa prokuratury doprowadziła do tzw. szewskiej pasji. W momencie, kiedy pojawiłam się z tym ostatnim wnioskiem, w momencie, kiedy ciało było już ekshumowane – z prośbą o wykonanie badań, tak naprawdę rozmowa po kilku minutach kurtuazyjnych zamieniła się w dosyć, czy w bardzo emocjonalne ze strony panów prokuratorów przesłuchiwanie mnie, co i dlaczego ja mówię w mediach. I tutaj panowie stwierdzili oczywiście, że wykonanie badań sekcyjnych prywatnie jest niemożliwe, że jeżeli ja coś będę robić na własną rękę bez ich zgody, to będzie to przestępstwo, natomiast na moje pytanie do szefa prokuratury, który stwierdził, że on musi strzec prawa – zapytałam, dlaczego nie pociągnął do odpowiedzialności tych, którzy nie dopilnowali solidnych badań w Moskwie bądź w Polsce po przylocie trumien. Usłyszałam odpowiedź, która mnie naprawdę zdumiała. Pan prokurator stwierdził: „przecież pani wie, że Rosja to suwerenne państwo” i po pewnym momencie wahania stwierdził: „muszę, ja muszę to powiedzieć: to jest mocarstwo”. I myślę, że to jest w świetle jeszcze wypowiedzi wcześniejszych premiera naszego rządu, który mówił o tym, że nie ma powodu do tego, żeby nie ufać Rosjanom – jeżeli połączymy te fakty, jeżeli po katastrofie smoleńskiej były takie głosy, żeby palić znicze poległym bolszewikom, bardzo szybko pomnik wybudowano, w krótkim czasie…

[I teraz najistotniejsze – przyp. F.Y.M.]

I jeszcze to, co mnie zszokowało – to w pewnym momencie z-ca prokuratora, który tak naprawdę tam jest od początku, bo pan prokurator jest przez krótko – dosyć emocjonalnie wykrzyczał, że „ja wiem, że wy mnie uważacie na… mnie za zdrajcę, ale… i człowieka, który działa na zlecenie obcego mocarstwa, ale tak nie jest!” Ja się zastanawiałam, dlaczego człowiek niepytany, sprawa zupełnie inna, porusza takie kwestie? Ja nigdy nie posądzałam żadnego z prokuratorów o to, że jest zdrajcą, nie używałam takich słów (…).

Można odnieść wrażenie, że rozmowa ta prowadzona jest na różnych poziomach, sama Gosiewska zauważa zresztą, iż prokurator mówi o czymś, o co go nie pytała ani nie posądzała – tak jakby nie do końca kierował swoje słowa do samej Gosiewskiej. Tak jakby trochę mówił do… nas, tj. tych ludzi poza, by tak rzec, kręgami wtajemniczonych. Pytanie jednak, kiedy „brzoza warszawska” zostanie przełamana – kiedy zacznie na jaw wychodzić to, co się naprawdę z Delegatami stało. Jeszcze bowiem parę miesięcy, a upłynie 5 lat od „zdarzenia”. A może scenariusz (rozpisany ponad politycznymi podziałami) jest taki, że następne 5 lat będzie to samo, co widzieliśmy/słyszeliśmy/czytaliśmy do tej pory? Czyli scholastyczne, choć gasnące z roku na rok z racji „zmęczenia materiału”, spory między smoleńskimi „wypadkowcami” a „wybuchowcami”? Z węzłami w „węzełkowej” historii związanej z 10-04 jest tak, że niektóre z nich to rozmaite „zbiegi okoliczności”, a niektóre to sploty celowych działań różnych instytucji i środowisk dbających o to, by hasło „ludziom nic nie mówimy” pozostało jak najdłużej aktualne. Pytanie, kiedy zacznie na jaw wychodzić to, co się naprawdę 10 Kwietnia stało, jest też w istocie pytaniem o to, o czym wspomniał przed dwoma laty ów prokurator wojskowy w powyższej rozmowie z Gosiewską – bo przecież rzecz nie sprowadza się wyłącznie do samej tragedii Delegatów i jej ujawnienia, ale właśnie też do zdrady, która z tą tragedią (i tuszowaniem prawdy o niej) jest związana. I pytanie, kiedy zdrada ta zacznie wychodzić na jaw, jest chyba najpoważniejsze.

“Jestem mądry czyjąś mądrością” – kwietniowy (2010) wywiad moonwalkera dla Radia Plus

Wywiad ten jest istotny z paru powodów. Po pierwsze, odbywa się w dniu, w którym montażysta S. Wiśniewski pojawia się (zapewne ponownie ) w prokuraturze, gdyż SW nawiązuje do tego faktu w swej studyjnej wypowiedzi – jest to więc najprawdopodobniej sobota 24-04-2010; dzień dokonania modyfikacji pliku wideo z mgielnym sitcomem i ujawnienia przez SW (w telewizji) dokładnych godzin filmowania polanki samosiejek „zgodnie z zegarem kamery”. Dwa tygodnie po „katastrofie”. Po drugie, moonwalker, dopytywany na antenie radiowej przez prowadzącego (tu: Rafał Porzeziński) o mgielny sitcom, odpowiada ni mniej ni więcej, tylko, że podejrzewa, iż we mgle… sfilmował z parapetu hotelowego lądowanie jaka-40 z dziennikarzami (stanowi to novum na tle innych, późniejszych wypowiedzi SW, które będą głosiły, że sfilmowany jest „zarys iła”). Jak pamiętamy z posiedzenia ZP, montażysta w trakcie słownej przepychanki z pos. E. Kruk stwierdza coś w tym stylu, że on post factum uzupełnia sobie dane, co do tego, co sfilmował (nie wnikam w takie szczegóły, czy to był samolot ił, czy to był tupolew, czy to był jak itd. itd. – przyleciał samolot. Jako dokumentalista – to później mam zwyczaj uzupełniania pewnych wiadomości). Pytanie tylko, z czyją pomocą przeprowadzana jest taka „uzupełniająca lekcja historii” . Jeśliby bowiem sam SW nie wiedział, co sfilmował w gęstej mgle, to kto inny miałby to wiedzieć? Fachowiec wojskowy, którego nie było w Smoleńsku 10 Kwietnia? Tak czy tak wydaje się, że 24 kwietnia 2010, SW jeszcze „nie wie”, że „widmo” na mgielnym sitcomie to „ił” – z czego należałoby wnioskować, iż ktoś montażyście to potem podpowiedział, co zarazem dowodziłoby tego, że pamięć SW jest rezultatem „postprodukcji”, a nie rzeczywistego doświadczenia percepcyjnego.

Po trzecie, SW potwierdza, że był w Katyniu robić jakieś zdjęcia (podobny wątek pojawia się na posiedzeniu ZP). Tych zdjęć jednak nie prezentował publicznie. Po czwarte, SW nie wspomina ani słowem o przelotach iła-76 (po lądowaniu jaka-40). Wprawdzie Porzeziński go o „Frołowa” nie pyta, lecz wydaje się, że moonwalker, „montując” przez parę godzin „materiały do transmisji”, nie mógłby przeoczyć lub choćby nie dosłyszeć dwóch podejść ruskiego transportowca – tak więc choćby na zasadzie ciekawostki powinien o nich krótko opowiedzieć. Podobnie zresztą pod boczną bramą SW nie opowiada o ile-76, którego manewry miały poprzedzać „katastrofalne” podchodzenie „prezydenckiego tupolewa” . Po piąte, SW nie mówi nic o „polskim dyplomacie”, który miał być pośród zatrzymujących montażystę ruskich mundurowych na polance samosiejek. Po szóste, SW, otrzymując SMS-a z Warszawy, ma siedzieć na ławce, a nie w samochodzie ruskich służb – być może więc pełna wersja legendy „z zatrzymaniem przez sowiecką nagonkę” nie jest jeszcze wtedy gotowa. Ale jakieś auto się w relacji moonwalkera pojawia. Po siódme bowiem, SW ma słyszeć, by wsiadł do samochodu i się ogrzał. Po ósme, co zupełnie jest „odlotowe”, SW sytuuje swoje filmowanie polanki samosiejek (z lotniczymi szczątkami) „następnego dnia”, a (rzekomo zarejestrowane na taśmie wideo) przyloty delegacji rządowej z Tuskiem na czele – odpowiednio: „dzień wcześniej”. Oczywiście prowadzący program w swej zadumie nie dopytuje o tę zaskakującą „chronologię” – sytuacja więc jest podobna jak na posiedzeniu ZP, kiedy to SW powtarzając, że „dwa dni wcześniej” (w stosunku do kręcenia moonfilmu) przylatywała delegacja rządowa, parlamentarzyści nie pytają świadka, dlaczego błędnie umiejscawia „katastrofę” (tu 9 kwietnia 2010).

Po dziewiąte, SW opowiada (znaną nam z późniejszego posiedzenia ZP) legendę o przewijaniu taśmy podczas zatrzymania przez ruskich mundurowych. Każdy, kto miał w ręku kamerę Sony miniDV (ja, dzięki uprzejmości pewnej osoby – miałem), wie, że przewijanie taśmy nie jest wcale prostą czynnością i jeśli ktoś „patrzy nam na ręce”, to nie może ona pozostać niezauważona – zwłaszcza gdybyśmy chcieli oszukać kogoś, nie cofając nagrania do początku zapisu. Sama zresztą historia z przewijaniem, które miałoby dowieść, że „nic się nie nagrało”, wydaje się opowieścią nie z tej ziemi (już pomijając fakt, że Ruscy odkryliby, iż SW sobie z nimi pogrywa, dając „taśmy na wabia”). Nawet jednak zakładając, że Ruscy nie wiedzieliby, jak sprawdzić, co zarejestrował na swych taśmach moonwalker (co wydaje się mało prawdopodobne) – to tym bardziej wzięliby go na dłuższą rozmowę z prezentacją funkcji kamery (np. w cieniu makarowa) albo zarekwirowaliby cały sprzęt i przekazaliby swoim ludziom do zbadania, nie pozwalając montażyście nic przy kamerze grzebać.

Po dziesiąte, SW nieco uchyla rąbka tajemnicy a propos „znajomej, która przysłała SMS-a” (że „rozbił się prezydencki samolot”) – otóż ta znajoma miała kiedyś zetknąć się przepowiednią dotyczącą moonwalkera, że będzie on świadkiem historycznego wydarzenia w postaci… „śmierci kogoś ważnego”. Przekładając to na ludzką mowę, jasnowidzenie przekazane „znajomej” mogłoby być związane z rozpoznaniem prowadzonym przez służby od takiego „widzenia na odległość, wprzód” (tzn. widzenia zachodzącego, zanim jakieś zdarzenia nastąpią – widzenia, gdyż są te zdarzenia przez kogoś przygotowywane). SW wprawdzie zaznacza, że wyrocznia miała tak zasądzić już w 2005 r., lecz jeśli chodzi o określenia czasowe, wiemy, iż moonwalker nie bywa precyzyjny i posługuje się „ruchomym zegarem”. Po jedenaste, pod koniec programu montażyście wyrywa się intrygujące powiedzenie o „zrzuceniu samolotu”, które to wyrażenie zaraz SW koryguje na „strącenie samolotu” (jak ja bym, nie wiem, specjalnie ten samolot zrzucił, yyy…, strącił, po to, żeby mieć nakręcić materiał) – to oczywiście opowiadane jest w trybie przypuszczającym, ale właśnie w tymże trybie – jak pamiętamy choćby z posiedzenia ZP (i kwestii np. „pełnych autokarów” czekających przy lotnisku) – świadek potrafi sygnalizować rzeczy, które warto drążyć. To, że kwestii takiej jak “zrzucenie samolotu” nie drąży prowadzący program Radia Plus, bardziej skoncentrowany na zagadnieniach metafizycznych, nie powinno nas dziwić. Po dwunaste, SW wyraźnie uskarża się na to, że nie ma się komu szczerze wygadać, tak jakby coś bardzo ciężkiego leżało mu na sercu – posługuje się nawet enigmatycznym sformułowaniem „zła świadomość” .

[poniższy stenogram jest z moimi skrótami (wtrętów, zagajeń, wielu Mhm Porzezińskiego ), podkreśleniami i komentarzami ]

RP: (…) Dziś kolejny bohater. Bohater, którego dane mi było poznać na dwa dni przed 10-tym dniem kwietnia 2010 – Sławomir Wiśniewski, montażysta Telewizji Polskiej. Witam cię, Sławku, bardzo.
SW: Witam pięknie.
RP: Dwa dni przed tą katastrofą bardzo radosny i roześmiany – pogodą ducha zarażający całą ekipę, bo znaleźliśmy się w jednym hotelu po to, by robić transmisję wizyty premiera Donalda Tuska, później prezydenta Lecha Kaczyńskiego dla TVP 1 – no, nie przewidywaliśmy tego, co nas czeka.
SW: Ja nie czuję się żadnym bohaterem, kimś wyjątkowym, szczególnym.
RP: Bohaterem tego programu jesteś, nie ma to tamto…
SW: Bohaterem tak, może bardziej uczestnikiem. Ale ja po prostu nie czuję się komfortowo, jak ktoś mnie nazywa bohaterem tylko za to, że zrobiłem coś ponad moje obowiązki. Jeśli chodzi o atmosferę…, znaczy, z natury staram się być wesołym…, człowiekiem radosnym, otwartym do życia i do ludzi, że ktoś kiedyś nadał mi sławne imię „Sławomir”, człowiek sławiący pokój, czyli po prostu nielubiący żadnego zamętu itp. rzeczy. Będąc w Katyniu, gdzie udało się znaleźć chwilę czasu, żeby pójść zobaczyć, poczuć troszczeczkę atmosferę tego smutnego miejsca. No to człowiek usiadł w kąciku i tak sobie popatrzył, wsłuchał się w szum tych drzew, westchnął, no i wrócił. Taka na-, taka nasza praca – taki nasz los pamiętać o tych, którzy odeszli, o tych, którzy nie mieli tego szczęścia jak my – żyć, mieszkać w wolnej Polsce.
RP: Byłeś ostatnią osobą z naszej ekipy, z całej paczki, która została w hotelu owego 10-go dnia. Powiedz mi, czy usłyszałeś huk? Co spowodowało, że pobiegłeś na miejsce zdarzenia? Bo to właśnie Sławomir Wiśniewski jest osobą, która, no, była pierwsza, na pewno pierwsza zarejestrowała na taśmie te wydarzenia, które, którymi żyje Polska od ponad… od 10-go, od ponad 10 dni. Co spowodowało, że pobiegłeś tam?
SW: Może zau… Może trochę przy-, przypadek, trochę zrządzenie losu, trochę dar Boży – to trudno jednoznacznie zdefiniować. Bo, rzecz prosta i banalna – wiele osób mnie zna z tego, że chodzę wszędzie z aparatem albo z kamerą.
RP: To prawda.
SW: Lubię robić zdjęcia, robić, jak to się mówi, lubię kamerować.
RP: Dokumentować chwile.
SW: Dokumentować chwile, zatrzymywać ten czas. Bo mając córkę, która pyta: „tata, co tam było? Co było? Jak tam tego?” – łatwiej pokazać niż opowiedzieć. I chcąc zarejestrować lądowanie polskich samolotów, bo wcześniej mi się to udało, jak lądował premier Tusk i premier Putin. No, wtedy była piękna pogoda, wręcz wymarzona do nagrywania. I mówię, no, następnego dnia [tak w oryg. – przyp. F.Y.M.], mówię, też sobie nagram. Ustawiłem sobie kamerę w oknie, a że miałem trochę coś do roboty, to robiłem swoje, a kamera sobie nagrywała [nie wspomina o zmianie położeń kamery – przyp. F.Y.M.]. A że akurat pogoda była fatalna, mówię, no to co będę nagrywał, jak nic nie widać…
RP: I o tym, co było dalej, za chwileczkę w programie Słowo daję – dziś naszym gościem jest Sławomir Wiśniewski.
*
RP: (…) Ale dzisiaj jesteśmy w 10-tym dniu kwietnia 2010-tym, o którym będą się uczyć nasze dzieci w szkole [swoją drogą, ciekawe, czy się faktycznie uczą, nie wydaje mi się bowiem, by w szkołach obchodzono jakoś specjalnie jakiekolwiek rocznice 10-04 – przyp. F.Y.M.]. Niestety, nie jest to data żadnego tryumfu, chociaż może tryumfu pamięci będzie. Zostawiłeś kamerę włączoną w oknie, ale była marna pogoda tego dnia. Nie wszędzie, bo nad Lasem Katyńskim nie było jakichś strasznych chmur i było dosyć ładnie – natomiast nad lotniskiem smoleńskim była mgła?
SW: Była mgła i to bardzo gęsta mgła. Niektórzy nawet snuli taką, takie przypuszczenia, że ta mgła się nagle pojawiła, nagle znikła. No, tak się składa, że właśnie robiąc zdjęcia, znaczy, zdjęcia, kam-, kamera sobie pracowała, nagrywała to, co było…, niestety, no, mówię, pogoda była fatalna… Owszem udało mi się nagrać lądujący pierwszy samolot, ale to trzeba się dobrze wpatrzeć w tą mgłę, zobaczyć, jak on ląduje. To zrezygnowany mówię: „no, co będę nagrywał…?”
RP: A co to był za samolot? Ten pierwszy, który lądował?
SW: Podejrzewam, z tego, co pamiętam, to był – tym samolotem przyleciały ekipy dziennikarskie. On tylko przemknął tak, więc trzeba się dobrze wpatrzeć w ten materiał nagrany, żeby go dojrzeć. Ja mówię: „no, dobra, to zobaczymy, może się pogoda poprawi.” I stoi ta kamera. Ja robiłem swoje…
RP: Czyli montowałeś materiały do transmisji, tak.
SW: Przygo-, przygotowywałem materiały, które miały być tłem do, do transmisji. Później jakieś inne rzeczy przygotowywałem. Jak to zwykle w telewizji zawsze coś jest do zrobienia. I stojąc w oknie, bo stwierdziłem, nie ma sensu dalej tego kręcić, a jeszcze przy okazji jak ci robotnicy weszli tam na taki daszek – coś tam remontowali . Mówię: „jeszcze mi strącą albo nawet ukradną”, ja mówię: „no to nie ma co”. I zdjąłem tą kamerę właśnie z okna otwartego. I w tym momencie usłyszałem właśnie nadlatujący samolot. Ale już było trochę za późno, bo wyjąłem kasetę i – mówię, no – zanim się zorientowałem, mówię, no, dobra, wy-, wyglądam przez okno i zobaczyłem skrzydło, które cięło ziemię, później huk usłyszałem, no i wybuch – słup ognia. No to, czym prędzej, jak już miałem otwartą tą kieszeń tego – wyjąłem kasetę, wrzuciłem pierwszą lepszą, którą znalazłem, wziąłem całą torbę, bo mam taki zwyczaj. No i biegiem na, na miejsce. No i co dalej, no to już było widać, że brnąc po tym błocie, ile się tylko dało, udało się coś, cokolwiek nagrać dopóty, dopóki dało się, dopóty Federalna Służba Ochrony… po prostu mnie zatrzymali i mnie wyprowadzili stamtąd przy pomocy, właśnie, żołnierzy OMON-u.
RP: Znaczy, zrobiono to, ale powiedz jeszcze o tym momencie, w którym spojrzałeś w okno, to, co zobaczyłeś z… znamionowało, znaczy, pokazywało, że to będzie ta, ta katastrofa o takim zasięgu?
SW: O nie. Na pewno nie, no bo była tak gęsta mgła, że z odległości mniej więcej 400 m w linii prostej widziałem tylko zarys skrzydła.
RP: Zarys skrzydła, mhm.
SW: Czyli to też, sam, to można sobie mniej więcej jako tako wyobrazić, przecież samolot prezydencki to jednak duża maszyna – to nie jest awionetka.
RP: Tu to jest kawał maszyny.
SW: Kawał, kawał, mówiąc nieładnie, metalu. Nie powiem żelastwa teraz, raczej to brzydko by zabrzmiało. Ale… przecież to spora maszyna – skrzydło było pod… akurat wyglądało prawie jak pług, co, podejrzewam, chodząc po tamtym miejscu tragedii nawet dało się czuć, bo była tam tak głęboka, przeorana, że się nie dało normalnie tam po niej chodzić. Stąd niektórzy mi zarzucali: „dlaczego filmowałeś krzaki, a nie samolot?” No to jak człowiek idzie po, brnie po takim błocie, no to stara się, owszem, robić…
RP: Patrzy, gdzie iść… Ta.
SW: …ale przede wszystkim podstawa to, żeby się nie zapaść – przecież gubiłem bu-, buty w tym błocie. I mając świadomość tego, że jednak coś jest ważnego, starałem się skupiać na jakichś szczegółach. Właśnie na skrzydle, na silnikach. Dopiero podchodząc bliżej, mówię: „to polski samolot”, no ale później, jak się przyjrzałem, bo to jest szachownica. I za… skojarzyłem, że być może jest to samolot kogoś ważnego, ale nie miałem w ogóle pojęcia i wyobrażenia, że to właśnie przyleciała cała delegacja z Prezydentem na czele…
*
RP: (…) Brnąłeś przez błoto, zobaczyłeś, że to polski samolot – przeszło ci to przez myśl, że to może być ten najważniejszy samolot, na który wszyscy tam w Lesie Katyńskim czekają?
SW: W żaden sposób. Być może dobrze, szczęście w nieszczęściu, że nie wiedziałem, jakiej rangi się to rozbił samolot – z ja-, z jakimi gośćmi, z jaką obsadą, bo podejrzewam, że, nie wiem, czy strach, czy przerażenie, czy wręcz szok spowodowałby, że bym stanął i po prostu stał. Być może, ale podejrzewam, że mam… po mojej reakcji, jak już będąc aresztowany, zatrzymany przez służby ochro-, te federalne służby bezpieczeństwa, dostałem właśnie SMS-a z Warszawy…, że właśnie rozbił się prezydencki samolot. To… zrobiło mi się ciemno w oczach. Ledwie co nie spadłem z tej ławki, na której siedziałem. To jeśli będąc w pewnym sensie bezpieczny – nazwijmy to w ten sposób – bo wtedy już wiedziałem, że – jak mi powiedziano „wsiądź do tego samochodu, się ogrzej” – to nie będzie tak źle. Jeśli w tym momencie zrobiło mi się ciemno przed oczami, no to pod-, będąc już na samym miejscu, no, to podejrzewam, że…
RP: Osunąłbyś się na ziemię.
SW: Podejrzewam, że bym oparł się o drzewa albo po prostu padł jak długi. Albo stanął jak słup. I nie byłoby żadnej rozmowy, żadnego tematu. Nie byłoby żadnych zdjęć. I chwila moment zostałbym złapany, kamera by nic ciekawego nie nagrała. Podejrzewam, że tylko nagrałaby moje brudne buty i spodnie – i nic poza tym.
RP: Te zdjęcia, które obiegły, no, na pewno całą Polskę, ale i świat, które są z…, na których widać fragmenty naszego Tu-154, w większości są twojego autorstwa. Te, które…
SW: Znaczy, te któ-re ja widziałem, to… z tego, co mi wiadomo, to były publikowane trzy zapisy: mój, człowieka, jakiegoś Igora, który później dawał wywiady do Wiadomości, który szedł za mną [ta uwaga powtarza się też na posiedzeniu ZP, choć Igor Fomin, jak przynajmniej wynika z jego filmiku, nie szedł za Wiśniewskim, tylko laskiem od warsztatu samochodowego – przyp. F.Y.M. – Tym niemniej na materiale moonwalkera widać, gdy SW filmuje już po dotarciu do pobojowiska na wysokości „strażaków”, że za nim ktoś od ul. Kutuzowa idzie]. I później jeszcze chyba po dwóch dniach jakieś zdjęcia robione też chyba telefonem komórkowym ludzi, którzy prawdopodbnież byli oceniani jako szabrownicy. Bo tam niby jakieś strzały były i tak dalej. Nie znam innych materiałów, które pokazałyby, ujrzały światło dzienne, były publikowane w jakichkolwiek stacjach. Wszystko są już zdjęcia po tym, jak weszły służby porządkowe, służby bezpieczeństwa…
RP: Tak.
SW: …wszystko, po prostu, służby ochrony…
RP: Ty byłeś przed strażą pożarną, przed służbami porządkowymi [to założenie wynika nie wiadomo, skąd, skoro na filmie Wiśniewskiego widać „strażaków” od pierwszych kadrów – przyp. F.Y.M.] i trwał pożar, kiedy tam przyszedłeś? Paliły się części samolotu?
SW: Jak dobiegałem, znaczy, ja byłem na miejscu przed strażą, ale mniej więcej, jak zdążyłem już dochodzić, to oni już byli. Tak więc można powiedzieć, że byłem pierwszy. Służby te pożarnicze dość szybko przyjechały, bo tam zaraz blisko jest remiza strażacka. Pożaru, jak na tak wielki samolot, który ważył, z tego, co pamiętam, około stu ton, który powinien mieć, co najmniej, dwie tony paliwa – to tam prawie się nic nie paliło. Tam się paliły drzewa, które strzelały, bo były mokre. Ktoś podejrzewał, że to są strzały, a to nie były strzały tylko po prostu takie trzaski typowe, jak dla palącego się drewna [ta uwaga jest o tyle intrygująca, że chwilę temu SW mówił o filmiku Koli jako o materiale z szabrownikami, bo słychać strzały – przyp. F.Y.M.] i trochę tam dalej w głębi, to zresztą było widać na moim materiale, jakichś różnych rzeczy. Dlatego wiele osób mnie pyta, czy widziałeś, to, co najważniejsze, a może to najbardziej straszne, czyli…
RP: Ofiary.
SW: Ofiary…
RP: …tej tragedii…
SW: Ja akurat to w pewnym sensie uświad-, to ten, przekonałem się, znaczy, byłem przekonany cały czas – nie widząc właśnie ani, powiedzmy, ubrań, walizek, bagaży jakichkolwiek, czy nawet foteli, że to nie był samolot aż z taką wielką ilością osób na pokładzie. Byłem kiedyś świadkiem, znaczy, świadkiem – byłem na miejscu katastrofy w Lesie Kabackim. No to tam to, co widziałem, no to była masakra. Pomijając, że samolot był większy i tak dalej, ale to, co mnie pytano, dzisiaj, między innymi na przykład w prokuraturze wojskowej – nie czułem ani specyficznego zapachu paliwa – ale nawet, jak się rozleje kanister benzyny, to przecież śmierdzi, bo to, bo to nie pachnie, ale wręcz śmierdzi, chociaż znam ludzi, co lubią taki zapach benzyny… Ale też… Ale też przede wszystkim to, że nie było czuć tego zapachu właśnie paliwa lotniczego ani takiego specyficznego zapachu… palonych ciał. No wiadomo, jak czasami, jak ktoś sobie włosy przypali, to mniej więcej wie…
RP: Tak, tak, tak.
SW: …jak taki jest zapach [tak w oryg. – przyp. F.Y.M.].
RP: Ale nie było widać też żadnych ofiar. Jak to tłumaczysz dzisiaj sobie? Dlaczego tak było?
SW: …Ja sobie mogę nie tyle co tłumaczyć – jestem mądry czyjąś mądrością – rozmawiałem z fachowcami od techniki lotniczej [chodzi o specjalistów z KBWLLP, z którymi SW współpracował? – przyp. F.Y.M.]. Mniej więcej, jak ja im opisywałem, mniej więcej jak ten samolot leciał, jakie, być może się mógł rozbijał [tak w oryg. – przyp. F.Y.M.] – to prawdopodobnież gros tych ciał i zwłok [tak w oryg. – przyp. F.Y.M.] było w dalszej, przedniej części samolotu, które po prostu zostały przez tą siłę hamującą wrzuceni do środka i tak, mówiąc językiem samochodowym, samolot dachował i on przykrył pod sobą szczątki ludzkie. I może dlatego dobrze, że tak się stało, że, mówię, mając… obraz przed oczami takiego, takiej tragedii, takiej masakry, no to podejrzewam, że troszeczkę bym się gorzej czuł niż dzisiaj.
*
RP: (…) Sławku, zaraz po katastrofie tego samego dnia władze rosyjskie zażyczyły sobie wymiany oświetlenia na pasie startowym. To jedno. Dwa – dezinformowano przez media, że podchodził do lądowania czterokrotnie [SW tu się nie wtrąca, by np. opowiedzieć o ile-76 – przyp. F.Y.M.], co jakby w żaden sposób nie potwierdzasz, bo słyszałbyś tą maszynę wcześniej, siedząc w hotelu [ciekawe, że Porzeziński za świadka opowiada, czego ten ostatni mógł być świadkiem; tymczasem SW w rozmowie z P. Zychowiczem twierdzi, że właśnie słyszał wcześniej samolot, który wziął za tupolewa . W rozmowie z Porzezińskim SW nie wraca jednak do tej niezwykle ważnej kwestii – przyp. F.Y.M.] Trzy, mówiono, że nie znał języka rosyjskiego , podczas, gdy był świetnie w tym języku wyszkolony [tak w oryg. – przyp. F.Y.M. – Porzeziński z rozpędu, wyrzucając z siebie tę litanię, zapomina powiedzieć, o kogo chodzi, ale domyśleć się można, iż o polskiego pilota z załogi PLF 101]. Dużo tych dezinformujących treści, które się okazują nieprawdziwe [a mogą być dezinformujące treści, które się okazują prawdziwe? – przyp. F.Y.M.].
SW: Zarzut, że on nie zna rosyjskiego jest tym bardziej dziwny, bo jak się lata na samolocie, który jest rosyjskiej konstrukcji, ma rosyjską dokumentację, to też trochę dziwi. Tym bardziej, podejrzewam, znaczy, oprócz tego, że akurat mógł się zdarzyć błąd ludzki – nie upieram się przy tym zdaniu, bo akurat to, że były jak, fatalne warunki, jeśli chodzi o w ogóle latanie. To w taką mgłę, będąc pilotem, wydaje mi się, że bym raczej poleciał gdzie indziej. Prawdopodobieństwo, że akurat zepsuło się coś ważnego w maszynie akurat przed lądowaniem, co mówili fachowcy, jest niewielkie, tym bardziej, że wiele układów ważnych dla przetrwania samolotu jest zdublowane.
RP: Dlaczego wykluczasz… hipotezę o sabotażu? Na tym pokładzie byli najważniejsi generałowie. Bardzo wiele osób, nazwijmy to, o ostrożnym, jeśli nie nieprzychylnym w stosunku do władz Kremla. Dlaczego wydaje ci się to mało prawdopodobne, by była ro robota służb specjalnych… Rosji?
SW: Prawdopodobieństwo, że ktoś w tym, mówiąc nieładnie, maczał palce, jest też niewielkie, bo Rosjanie, jacy są, tacy są – czy mniej, czy bardziej zadufani w sobie, czy mniej, czy bardziej mają skłonności imperialistyczne – wydaje mi się, nie są takimi idiotami. Jeśli ja np. miałbym robić sabotaż…
RP: Oby nie, oby nie.
SW: …to nie na własnym podwórku.
RP: Tam najłatwiej.
SW: No tak, ale w tym momencie ja robię bałagan u siebie i wtedy ja się muszę tłumaczyć. Jak zrobię u kogoś na podwórku, to on odpowiada.
RP: Mhm, choć zawsze możesz się tłumaczyć, że przecież, gdybym robił sabotaż, to przecież nie na własnym podwórku.
SW: No tak, można tą wie-, no tak, na dwoje babka wróżyła. Tak się ładnie mówi.
RP: Mhm. Ale powiedz mi, czy w momencie, kiedy zatrzymano cię tam na lotnisku i zabrono ci również taśmę, prawda?
SW: Spryt polega – to mnie nauczyli koledzy operatorzy z telewizji – że, mając świadomość, że to może być świadomość jakiś tam, gdzie może być z tego powodu jakiś problem, to przygotowałem się na to, że być może będą chcieli zabrać mi taśmę. W tym momencie, jak zostawałem już zatrzymywany przez fede-, federacyjną służbę ochrony, pokazałem, że chowam kamerę do… torby i daję im kasetę, którą miałem wcześniej przygotowaną. Obawiam się, że wśród tych trzech kaset, które akurat dałem [z jednej kasety robią się trzy od razu – przyp. F.Y.M.] były kasety, które dzień wcześniej, znaczy wcześniej właśnie rejestrowałem przylot samolotów polskiej delegacji, też samolotów Putina. To chyba byłoby teraz głupio do nich się zwrócić o zwrot. Po, że, oddajcie mi moje kasety i przewód, który żeście mi ukradli. I to po prostu to, że ta taśma ocalała, to jest tak, na pewno trochę szczęścia, trochę sprytu, bo później, jak by-, prosił mnie oficer FSB: „pokaż, co tam nagrałeś?” [Ruscy wzięli taśmy na wabia, a mimo to pytają SW, co nagrał – przyp. F.Y.M.] – nie wiem, czy przypadkiem, czy sprytem, przewinąłem do przodu tą tego. No, on patrzy, nic nie ma. No, jak nic nie ma, to nic nagrał [tak w oryg. – przyp. F.Y.M.], to nie ma czego się człowieka czepiać. Czyli trzeba go puścić. [To kolejna opowieść dziwnej treści – jeśliby bowiem okazało się, że „nic nie nagrał”, to i tak powodu do wypuszczenia nie byłoby żadnego – przyp. F.Y.M.].
(…)
*
RP: (…) człowiek (…), który nie dał się okraść z kasety przez służby federalne Rosji – Sławku, po co tam byłeś? Jak myślisz, tak pytając już głębiej – jak rozumiesz swoją obecność w tym…, w tej tragedii [nie ma jak wejście na poziom „ubogacających” rozważań metafizycznych zamiast ustalać jakieś fakty – przyp. F.Y.M.]?
SW: Przede wszystkim można powiedzieć, tak zacznę od początku, przede wszystkim tam, w samym Smoleńsku, byłem z racji obowiązków. A to, że coś mnie tknęło i pchnęło, i kazało biec – to trudno powiedzieć. Może to jest taka przepowiednia, bo… tej znajomej, która, akurat od niej dostałem SMS-a, że ktoś kiedyś wywróżył, że będę świadkiem śmierci kogoś ważnego, [zwróćmy uwagę na osobliwą konstrukcję tego zdania: znajomej ktoś wywróżył, że SW będzie świadkiem śmierci kogoś ważnego – przyp. F.Y.M. – wywróżono znajomej, a nie samemu SW] ale to było 5 lat temu. Podejrzewałem, że chodzi to o śmierć ojca Jana…
RP: Ojca świętego.
SW: …Pawła II, bo byłem wtedy w Watykanie. Myślałem, że to, to odejście kogoś nam bliskiego, jest tym, jakby, powiedzmy, tym, ten, ale prawdopodobnież być może ta wyrocznia, czy, powiedzmy, ta słu-, ta przepowiednia tyczyła się tego, co się stało w Smoleńsku . Przecież równie dobrze mogłem po prostu zwyczajnie po ludzku ze strachu siedzieć w tym hotelu, nie wyciągnąć, nie wy-, nie wybiegać z tą, z tą kamerą… To jest… mówię, to trudno zdefiniować, no. Trochę taka żyłka, jak to mówią, szukającego guza, kogoś lubiący dokumentować [tak w oryg. – przyp. F.Y.M.], kogoś, kto tak gdzieś czasami gdzieś pcha w różne dziwne miejsca. To jakby jest trudno jednym słowem to określić.
RP: To nie pierwsza katastrofa lotnicza, z którą spotkałeś się niemal twarzą w twarz, bo wspominałeś wcześniej o katastrofie na Kabatach, sławnym… locie [tak w oryg. – przyp. F.Y.M.] – powiedz mi, czy, czy to wydarzenie, ten 10 kwietnia, zmieni twoje życie jakoś?
SW: Na dobrą sprawę już zmieniło, bo akurat sprawa… Lasu Kabackiego, no to było też trochę ten – mój brat, który pracował w… tego, mówił, żebym się tam nie pchał, o, a ja byłem jak już po fakcie. Bo jakbym był w tym czasie, co faktycznie, to bym podejrzewał, byśmy już nie rozmawiali [ta mgławicowa wypowiedź może się odnosić zarówno do tamtego przeszłego zdarzenia, jak i do 10-04 – przyp. F.Y.M.]. To też, dajmy to, jakiś palec Boży albo jakaś iskra taka spowodowała, żebym tam się, tam nie ten, wtedy nie było. Życie się zmieniło w ten sposób, że… z jednej strony mam radość taką wewnętrzną, że zrobiłem coś ponad przeciętność, którą robię normalnie w pracy. Z drugiej strony jest takie lekkie rozgoryczenie i taka rysa na psychice, że byłem tam i byłem, widziałem coś, co jest na miarę dziesięciolecia albo wręcz, no, głęboka karta historii.
RP: Myślę, że więcej. Nie pamiętam takiej tragedii w historii międzywojennej Rzeczpospolitej czy też niewojennej.
SW: Jakiejkolwiek, no.
RP: Tak.
SW: Tak.
RP: Bo pra-, niewiele więcej ofiar, chociaż tego trudno też dociekać, pochłonął cały stan wojenny. [Skojarzenie zastanawiające – przyp. F.Y.M. – Wydawać by się mogło wszak, że „stan wojenny chłonął ofiary” w wyniku zbrojnej agresji sowieciarzy przeciwko Polakom – w studiu zaś ma być mowa o lotniczym wypadku. Z tego też pewnie względu SW nieco mityguje redaktora].
SW: No tak, tylko tu co innego jest sytuacja związana z jakimś stanem nadzwyczajnym, a co, mówiąc…
RP: Ta.
SW: …w jednej wielkiej katastrofie, w której zginie, zginął kwiat polskiego, właśnie, jak wspomniałeś…
RP: Ta.
SW: …służb wojskowych itd. itd.
RP: Najbardziej państwowotwórczy element. Dokładnie to samo, co 70 lat w Katyniu, temu, w Katyniu. Też ci najlepsi.
SW: Kwiat polskiej, tego, oficerów. Następna sprawa – no, jest to wiele. To, wbrew pozorom, to nie jest takie proste żyć ze świadomością, że było się w tym miejscu i mieć świadomość, że się zrobiło, to trochę jest to przykre, słuchając, oglądając, jak ktoś kradnie moją pracę – w tym sensie, że przypisuje sobie. Ja nie mam jakichś chorych ambicji, ale może ktoś by czasami podpisał, że to jest moja praca. Choćby to, że wiele właśnie ludzi, którzy kradną tą, tego, przypisują sobie tą, tego… Rozumiem, każdy by chciał mieć te swoje 5 czy 7 minut. Druga sprawa, że coraz trudniej mi, wbrew pozorom, fun-, normalnie funkcjonować, bo ten mój, nazwijmy, płaszcz ochronny czy ta strefa, która w jakiś sposób jeszcze mnie broni przed tym, żeby jakoś w miarę funkcjonować – przecież normalnie pracuję, chodzę do pracy. Koledzy pytają, jedni gratulują, inni się śmieją, że teraz będę bogaty i sławny. A sławny może jestem, bo ludzie mnie na ulicy rozpoznają, dzwonią ludzie, do których, nie wiem, skąd mają numer, mój telefon, dzwonią z wielu różnych kr-, państw nawet.
RP: Spotykamy się w Radiu Plus.
SW: Spotykamy się w Radiu Plus. Spotykamy się w różnych telewizjach. No, ale trochę przykro, że ci, co według mnie, powinni, nie powiedzieli nawet zwykłego dziękuję. To nie o to chodzi, że ja oczekuję nie wiadomo czego, noszenia na rękach, czy jakichś wielkich oklasków, czy czerwonego dywanu, jak gwiazda, czy, jak mówią niektórzy, bohater, ja się nie czuję ani gwiazdą, ani bohaterem, tylko normalnym, wrażliwym człowiekiem, który… Ale tak, żeby ktoś po ludzku powiedział zwyczajne dziękuję.
RP: Sła-, Sławku, ja ci bardzo dziękuję. Nie tylko za to spotkanie, nie tylko za słowa, ale za to, że miałeś odwagę i we mnie pozostaje świadomość, że to twoje zdjęcia towarzyszyły tym trudnym, ale też w jakimś sensie pięknym momentom zjednoczenia całej Polski w modlitwie, we wspomnieniach, w takim trwaniu, może w osłupieniu, w przerażeniu, ale też, wierzę, w nadziei, że nic się jeszcze nie skończyło, że jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy.
*
RP: (…) Sławku, dałeś całej Polsce dokument, prawdziwy dokument tego, co, myślę, nie zapomnimy nigdy – sądzę, że nasze dzieci też nie zapomną nigdy.
SW: Osoby, o których się nawet nie spodziewałem, nawet kilka koleżanek, po prostu, jak przyjechałem, rzuciło mi się na szyję, płacząc: „jak się cieszę, że ty, że żyjesz”, i to, i to się robi w tym momencie już przyjemne. Ale właśnie te niektóre zarzuty, że… woda sodowa uderzy do głowy i takie, trochę takie nieprzyjemne komentarze w niektórych miejscach, to po prostu się robi troszeczkę przykro. Jak ja bym, nie wiem, specjalnie ten samolot zrzucił, yyy…, strącił, po to, żeby mieć nakręcić ten materiał. I mówię, z jednej strony są takie obj-, przejawy, właśnie ciepłego, serdecznego słowa, a są takie momenty, że od kogoś bliskiego, zamiast usłyszeć ciepłe słowo, to słyszy się coś, co jest przykre. I to przede wszystkim boli. Bo przecież ja, pomijając tego, te rodziny, ale ja mam też wrażliwość i też mi jest przykro. Łzy mi się w, w oczach kręcą – ale tym bardziej, że – raz, że muszę z tą świadomością żyć i jeszcze ludzie… robią mi przykrość, jakbym, mówię no, jakbym to specjalnie zrobił, no. I po prostu no, nawet, mówię, słyszę kpiny różnego rodzaju, że… Jako normalny, zwykły człowiek, czasami też chciałbym poczuć właśnie to słowo, usłyszeć te słowo, które przede wszystkim pokrzepi. Przecież to nawet, minęło przecież sporo czasu, co dla niektórych jest wręcz dziwne – do tej pory nikt, podkreślam, nikt nie zainteresował się mną jako człowiekiem. Z tym problemem, z tym bólem, z tym tragedią [tak w oryg. – przyp. F.Y.M.] muszę sobie sam radzić [podobne zarzuty wygłaszać będzie SW na posiedzeniu ZP – przyp. F.Y.M.]. Nikt mi nie podał ręki, tak żeby na przykład, mówiąc: „chodź, pogadamy, może chcesz jakoś z tym porozmawiać, może jesteś, powiedzmy, jakoś coś wydobyć z siebie – może jakoś tam, żeby ta jakaś… zła świadomość, może z ciebie spłynęła [jaką złą świadomość ma na myśli SW? Świadomość uczestniczenia w wielkiej fikcji oficjalnej narracji? Na pewno kiedyś SW (o ile jakaś „niewidzialna ręka” mu w tym nie przeszkodzi, będzie musiał zasiąść na sali przesłuchań, by zeznawać pod przysięgą w tej sprawie – przyp. F.Y.M.]. Nie. Ja z tym, wbrew pozorom, mimo tego, że jestem, mówię, twardym człowiekiem, mam swoją wrażliwość i z tym wszystkim muszę sobie, niestety, radzić sam. Nie mam żadnej pomocnej dłoni.
RP: A co w tym wszystkim jest dla ciebie najkosztowniejsze, Sławku?
SW: Kosztowniejsze?
RP: W sensie kosztów tych duchowych, właśnie, psychicznych.
SW: …To trudno jednoznacznie powiedzieć. Sam fakt, mówię, że wiele osób, które, których się tego nie spodziewałem, okazało, no wręcz takie, takie, no, takie emocje, że, mówię, aż mnie zdziwiło. Przede wszystkim to, że ja próbuję znaleźć jakiś punkt odniesienia, żeby móc się wyciszyć, żeby móc normalnie funkcjonować. Przecież normalnie pracuję, normalnie muszę zarabiać na, na swoje utrzymanie, normalnie muszę spłacać swoje długi, zobowiązania – ale właśnie o to chodzi, że, że nie mam tego miejsca, w którym mógłbym się wypłakać, czy osoby, do której mógłbym się wypłakać. Bo to nieprawda, że mężczyźni nie płaczą. Jeśli, jeśli w takiej sytuacji ktoś mówi, że nie płacze, to po prostu ewi-, ewidentnie kłamie albo po prostu nie jest człowiekiem. Bo nawet kiedyś ktoś gdzieś powiedział, że kamień zapłacze, jak go zaboli. A ja mi się wydaje, że nie jestem kamieniem, jestem zwyczajnym, normalnym człowiekiem, który akurat miał to szczęście, że był w… tym czasie, w tym miejscu – pokazał Polsce i światu ogrom tej tragedii, z którym on, która w tym momencie w jakiś sposób połączyła nas, Polaków i nie tylko. I, mówię, z jednej strony się cieszę, że akurat byłem świadkiem czegoś takiego, ale nie chciałbym być, właśnie, takim świadkiem, czy… historii, która niesie… taki ogrom śmierci i zniszczenia. Bo sam, mówię, sam, w mojej nazwie, w moim imieniu jest to: „sławiący pokój” – czyli radość życia, a nie tragedia. No, niestety, taką mam pracę – wiele razy mi się zdarzyło przynosić światu smutne wiadomości jako montażysta, ale nigdy nie podejrzewałem nawet w najkoszmarniejszych snach, że przyniosę aż tak smutną wiadomość świat-, urbi et orbi, jak to się mówi.
(…)
SW: Dziękuję za możliwość wypłakania się przed wami.
(…)

Punkt węzłowy (4) – zawiła historia KBWLLP

W poprzednich trzech notkach z tego cyklu poruszałem zagadnienia: 1. „Znikniętej” komunikacji kpt. A. Ziętka z „Korsażem”, 2. Kursu lądowania – (rus. „posadocznyj”), o którym nie rozmawia załoga PLF 101 z „kontrolą” Siewiernego, 3. Zaginionej (w dokumentacji oficjalnej) karty podejścia z zachodnim (tu KM 79) kursem podchodzenia na XUBS , 4. Braku grozy na filmie S. Wiśniewskiego z „miejsca katastrofy” , 5. Pominięcia zeznań członków załogi jaka-40 (PLF 031) w rekonstrukcji przebiegu rozmów między PLF 031 a PLF 101 . Teraz „węzeł” (niekoniecznie gordyjski), który można by określić lakonicznie jako:

Pseudobadania pseudokomisji

Nie chodzi o „MAK”, bo tę moskiewską komedię omówiono w wielu miejscach. Chodzi o polską komisję, która, jak zaznaczałem, winna się zwać „komisją Klicha-Grochowskiego-Millera”. Potocznie przyjęło się mówienie o „komisji Millera”, więc ja również tego skrótu myślowego używam, choć nie jest on precyzyjny. 10 Kwietnia powinna powstać/zadziałać „komisja Grochowskiego” . To płk M. Grochowski był wtedy szefem „inspektoratu bezpieczeństwa lotów” MON, a „katastrofa” miała spotkać/spaść na/dotknąć etc. samolot 36 SPLT. Jeśli więc już miałaby powstać jakaś nadzwyczajna komisja (wojskowa), analogiczna jak KBWLLP powołana do zbadania katastrofy CASY (w styczniu 2008) , to pod kierownictwem Grochowskiego i on winien być ewentualnym „akredytowanym” nr 1. Jednak wcale nie leci on do Smoleńska w dniu „katastrofy” (i w ostateczności nie on stanie na czele KBWLLP, a ówczesny szef MSWiA, min. J. Miller niemający nic wspólnego z lotnictwem ).

O godz. 15:30 jakiem-40 wraz z kilkuosobową ekipą ekspercko-prokuratorską wybiera się na Siewiernyj płk dr E. Klich (późniejszy „akredytowany”, ale zarazem osoba niezaliczana oficjalnie do KBWLLP ), do którego w godzinach przedpołudniowych telefonuje sam „menażer” A. Morozow z „MAK-u” , mimo że Klich jest wtedy szefem komisji badającej wypadki cywilnych samolotów, zaś statek powietrzny wojskowego specpułku za cywilny samolot pasażerski raczej nie mógł być uważany . Klich z towarzyszącymi mu przedstawicielami polskiej strony po wylądowaniu na Siewiernym spędza 2 godziny w samolocie, po czym zostają oni odwiezieni autokarem pod namioty stojące nieopodal muru lotniska (gdzie zrobiono wyłom). Stamtąd spacerem odbywają króciutką wycieczkę po księżycowym krajobrazie polanki samosiejek, ograniczoną do zony Koli i okolic „ogona”, przy którym okazane zostają Polakom „czarne skrzynki” .

„Badania” na polance samosiejek, przy brzozie i w zdradliwym jarze po wschodniej stronie XUBS, trwające „cały dzień, do nocy”, jak ujmie Grochowski w wywiadzie dla Naszego Dziennika , odbywają się więc nazajutrz po „upadku tupolewa”, w niedzielę, 11-04-2010 (gdy pobojowisko jest już od kilkunastu godzin w trakcie „sprzątania”). Z tym „całym dniem” to pewna przesada; ekipa Grochowskiego przybywa do Smoleńska w godzinach popołudniowych – jak pisze Klich . Ale jeśliby doliczyć terenowe prace Klicha i jego ekipy tego dnia , to „cały dzień” by się może uskładał . Rzecz jasna, z pominięciem czasu na uroczystości „pożegnania ciała Prezydenta” uniemożliwiające ekspertom poruszanie się po lotnisku i w okolicy . Klich tego popołudnia „przekazuje kierowanie Grochowskiemu” (jak się jednak wnet okaże, to Klich zostanie mianowany przez Moskwę dyrygentem polskiej orkiestry na jej występach w Smoleńsku i Moskwie; potem zaś zostanie „zdetronizowany” przez Millera) . I właściwie na tych „całodniowych pracach” na „miejscu katastrofy” kończą się „terenowe badania” przyszłej KBWLLP . Już od poniedziałku (12-04-2010) prace sprowadzają się do „egzekutyw” z radzieckimi wojskowymi i uczonymi. „Miejsce katastrofy smoleńskiej” zostaje w ciągu paru dni doprowadzone do porządku buldożerami, spychaczami i koparkami, z wydatną pomocą setek „ratowników”, aczkolwiek „ziemia będzie oddawać” jeszcze tygodniami i miesiącami rozmaite szczątki na polance samosiejek – akurat wtedy, gdy w tamtych okolicach będą się pojawiać wycieczki z Polski – zwłaszcza z mediów związanych ze szkołą Macierewicza wyspecjalizowaną w znajdowaniu dowodów „katastrofy”.

Ale nie tylko wtedy. Zrazu bowiem, podczas wielkiego sprzątania pobojowiska przy Siewiernym, „ziemia oddaje” przede wszystkim różne ważne urządzenia lotnicze, choć niekoniecznie „oddaje” je wtedy, gdy są w pobliżu polscy eksperci lub wojskowi. Przykładowo w poniedziałek podczas narady u „gen. Bajnietowa” (12-04) „okazany zostaje” przedstawicielom polskiej strony słynny rejestrator szybkiego dostępu, czyli ATM cudownie znaleziony na „miejscu katastrofy” (przewieziony do Warszawy już 17-04-2010 , a więc zaledwie tydzień po „zdarzeniu”, a 5 dni po „okazaniu”). Zachodzi to „komisyjne okazanie” wprawdzie dopiero dwa dni po „katastrofie”, ale to i tak bardzo szybko w porównaniu z losem tych urządzeń, których smoleńska ziemia już „nie odda”, jak np. rejestratora K3-63 czy większych fragmentów „prezydenckiego tupolewa”, jak choćby kokpitu . Dzień lub dwa dni później po ATM-ie „ziemia odda” szczątki cudownie ocalałego rejestratora KBN-1-1, który zostaje dostarczony 14 kwietnia 2010 do Moskwy . Kiedy dokładnie zachodzi „oddanie” przez „ziemię” komputera pokładowego PLF 101, czyli FMS-a oraz TAWS-a – nie jest jednak w żadnej dokumentacji podane. Nie ma to zresztą większego znaczenia, tak jak i to, gdzie dokładnie i kiedy „znaleziono czarne skrzynki” – ponieważ oryginały tych urządzeń i tak nie zostaną przekazane polskiej stronie. I jako takie okażą się w „badaniach” KBWLLP w ogóle niepotrzebne .

Katastrofologom znad Wisły wystarczają znakomicie wykonane radzieckie kopie oraz owocne narady w Moskwie. Nie przeprowadzają oni nie tylko szeroko zakrojonych „badań terenowych”, ale i żadnych szczegółowych „badań wraku” (co zrozumiałe, skoro Klich wie już 10-go Kwietnia w drodze do Smoleńska, jakie są „przyczyny katastrofy” ). Co więcej, pojawia się też drobny problem ze zbadaniem pracy „kontrolerów”. Diabli smoleńskie sprawiają, że 10 Kwietnia „nie działa” sprzęt wideo w „wieży” . Potem zaś wyłaniają się trudności z prześledzeniem pracy „wieży” podczas „oblotu” na XUBS . Ponadto mnóstwo radzieckich dokumentów nie może się, w ferworze poszukiwań, znaleźć (por. polskie Uwagi). Te zaś, które się odnajdują, wykazują się pewnymi drobnymi usterkami . I tak dalej, i tak dalej.

To wszystko bynajmniej nie zniechęca badaczy z KBWLLP, którzy potrafią zbadać Zdarzenie nawet bez materiału dowodowego. Malkontenctwem jednak byłoby twierdzenie, że NIC owi badacze nie mają, tudzież, że mają wyłącznie to, co „Moskwa” niezbyt hojną ręką „dała/przekazała/udostępniła/skopiowała” – i że w ten jedynie sposób, tj. łatając, czym się da , konstruują swoją rekonstrukcję Zdarzenia. Mają oni wszak np. bezcenne „taśmy z XUBS” zgrywane chałupniczą metodą kilka dni po „katastrofie” (bo przecież „w dniu katastrofy” się nie dało). Mają też, co warte odnotowania, własne źródła – jak choćby materiał poglądowy w postaci mgielnego sitcomu, czyli filmowania pogody zaokiennej z parapetu przez S. Wiśniewskiego, który przypadkiem miał wystawić kamerę w smoleńskim hotelu akurat na wschodnią ścieżkę podejścia na tamtejsze wojskowe lotnisko. Premierowa prezentacja fragmentu tego materiału zachodzi w styczniu 2011, kilka dni po „zakończeniu prac” przez „MAK”.

KBWLLP ma poglądowe materiały, do których nie odwołuje się „MAK”. Mgielny sitcom Wiśniewskiego należy tu do „perełek” gdyż, jak wiemy z lektury Uwag, Ruscy nie udostępniają polskiej stronie danych dotyczących operacji lotniczych w strefie lotniska Siewiernyj w dniu 10-04. Także danych dot. iła-76 , typu zapisy CVR etc. Tylko paranoik mógłby się doszukiwać tu jakiegoś drugiego dna i sądzić, że Ruscy coś ukrywają – aczkolwiek jakiś inny paranoik mógłby wskazać na to, że i polska strona nie upublicznia danych dot. z kolei „Wosztyla” (zapisy CVR itd.), co do którego nie wiadomo, kiedy dokładnie wylądował „w dniu katastrofy”, jaką trasą leciał i jak komunikował się z białoruską i ruską „kontrolą”. Ktoś rozsądny – z tych, co świetnie rozumieją funkcjonowanie instytucji katastrofologicznych dysponujących wybrakowanym i/lub spreparowanym materiałem dowodowym – mógłby rzec, iż działania „Frołowa” i „Wosztyla” nie miały nic wspólnego z „katastrofą smoleńską”. To nieprawda. Wiemy, że komunikacja PLF 101-PLF 031 to kamień węgielny oficjalnej narracji (pojawia się on już w drugiej połowie maja w tzw. wstępnym „raporcie MAK”), a poza tym załoga „prezydenckiego tupolewa” dopytuje pilotów jaka-40 o „przylot Rosjan” (do dziś nie wiadomo, jakich/jaki) – tak jakby był on skorelowany z przylotem PLF 101. (Co więcej, informacja o wylocie „Frołowa” (ponoć o 6:33 pol. czasu), podawana na „wieży” XUBS, mogłaby sugerować, iż ił-76 zostaje poderwany i skierowany na Siewiernyj w związku z ówczesnym wylotem PLF 101.)

Mgielny sitcom okazuje się unikatowym materiałem KBWLLP „wypełniającym lukę” w postaci braku zapisów związanych z iłem-76, a szczególnie ze „smoleńską mgłą”, która już o 7:19 pol. czasu (zgodnie z „zegarem kamery”) ma być taka jak o 8:37, kiedy montażysta S. Wiśniewski „zdejmuje kamerę” po nadejściu „blacharzy” . Przypadek sprawia, iż SW „nie zdąża” sfilmować podejścia do lądowania „Wosztyla” (choć o 7:19, jeśliby się trzymać „zegara kamery” i ofic. danych, winno być słychać z hotelowego okna końcówkę kołowania PLF 031 po płycie lotniska) . Wiśniewski „zdąża” natomiast z rejestrowaniem „Frołowa”, do którego katastrofy też nie dochodzi, mimo że świadkowie twierdzą (załoga i pasażerowie jaka-40), jakoby skrzydłem niemal o ziemię zahaczał. Pilot „Frołowa” ma dać pełną moc silników, podrywając samolot w ostatniej chwili , lecz nie słychać tego gwałtownego skoku obrotów na mgielnym sitcomie. Tak jakby nagrał się tam… jakiś inny „przelot”. Może nie ten pierwszy? Jeśli zaś „nie-pierwszy”, to który? To pytanie do SW.

Niemniej jednak, jako pierwszy właśnie, czyli z godz. 7:25, przedstawiany jest ten przelot (rzekomo iła ) oficjalnie przez KBWLLP i ppłk. R. Benedicta w styczniu 2011 . KBWLLP prezentuje wtedy (i w swej finalnej dokumentacji) tylko jedno „podejście iła-76” . Ściślej, podejście „widma samolotu” – równie dobrze mógłby być to przelot smoleńskiego UFO, ale nie wybrzydzajmy. Nie zostaje, podkreślam, przedstawione „drugie podejście”, choć warto by oba porównać. Chyba że z tym drugim coś jest „nie tak” . Co? To np., jak niedawno wskazywałem , iż „za drugim razem” nie jest już zarejestrowany „Frołow”, tylko taki samolot-widmo, którego ów montażysta („godzinę wcześniej” w stosunku do „chwili katastrofy”) – słysząc, jak podchodzi do lądowania, a potem odlatuje – pomylił z „prezydenckim tupolewem” . SW ma swój plik z mgielnym sitcomem oznaczony m.in. jako 7:38 . To oficjalnie „godzina drugiego przelotu” iła-76, ale też czas „godzinę wcześniej” w stosunku do słynnej 8:38 , która miała być chwilą, gdy gubernator S. Antufjew słyszał: ten nierealny, nienaturalny dźwięk silników samolotu i nagle zrobiło się cicho. 8:38 to już też czas po „zdjęciu i wyłączeniu” przez SW parapetowej kamery w hotelu Nowyj.

Sama KBWLLP, napotykając nieprzewidziane trudności ze strony radzieckich badaczy i mundurowych, przygotowując swoją dokumentację końcową, radzi sobie jako się rzekło, własnymi oryginalnymi metodami. Nie mogąc brać udziału w ocenie pracy radaru na XUBS – ocenia pracę radaru na lotnisku… Mirosławiec . Czy tam również przeprowadzane są uchod experiments mające wykazać, że tupolew nie mógłby odejść zszedłszy zbyt nisko ? Gdyby tego było mało w dokumentacji KBWLLP brak jakichkolwiek danych o poprzednich lotach polskich tupolewów na XUBS czy do Smoleńska – a więc i brak danych, jaką trasą/jakimi trasami latano, jak wyglądała komunikacja między załogami a kontrolerami oraz szczególnie, jak wyglądały loty smoleńskie Protasiuka. Nie ma nawet zapisów dot. prac „kontrolerów” w dn. 7-04-2010, tak by można było porównać ich pracę z tą (nagraną) z 10-04. KBWLLP nie zamieszcza też danych dot. lotniska Jużnyj (ślad po locie 101-ki z tego lotniska znajduje się nomen omen wśród „danych FMS-a”), prac tamtejszej obsługi. Można postawić proste pytanie, czemu nie wykonano po prostu technicznego lotu z W-wy do Smoleńska 102-ką, tak by mieć materiał poglądowy (także odnośnie do pracy załogi w kabinie, checklisty, komunikacji z kontrolerami, funkcjonowania TAWS-a, FMS-a) – chyba o wiele bardziej stosowny do okoliczności rzekomego wypadku przy Siewiernym aniżeli lot do Mirosławca?

Można by też pytać, czy dokumentacja KBWLLP została wydana papierowo jako dokumentacja urzędowo-państwowa i jest np. dostępna w jakichś bibliotekach akademickich do prac choćby z dziedziny prawa? Zwłaszcza że, jak zwracał kiedyś w swej notce uwagę Polaczok, sprawa badań prowadzonych przez KBWLLP znalazła intrygujący finał w Ustawie Prawo Lotnicze (http://poljaczki.salon24.pl/506280,szczesliwa-trzynastka-platformy-obywatelskiej) – taki, że badania wraz z badaczami z „komisji Millera” zostały przesłonięte wojskowym kordonem. W takim bowiem kontekście, kiedy to w gestii sądu wojskowego pozostaje sprawa tego, co/komu/z jakiego powodu można by ujawnić z zebranej przez KBWLLP dokumentacji, zagadnienie tego nieskomplikowanego przecież wypadku lotniczego (CFIT), którego przebieg E. Klich znał jeszcze zanim wylądował z ekspertami i prokuratorami w Smoleńsku – jakoś się niesamowicie komplikuje. Komplikuje się do tego stopnia, że trzeba będzie nadzwyczajnych decyzji, by tę dokumentację odtajnić.

Tajemniczy wysoki przelot “Frołowa”

Niedawno R. Misiewicz wrócił do wątku manewrów „Frołowa” na Siewiernym, przypominając m.in. zagadkową wypowiedź red. P. Świądra z RMF-u, który 10 Kwietnia na antenie telewizyjnej miał wspominać: Usłyszeliśmy huk, widzieliśmy bardzo duży transportowy samolot rosyjski. I on najwyraźniej zrezygnował z lądowania, bo był bardzo wysoko nad pasem – przeleciał nad pasem, poleciał dalej i wzniósł się w górę . Jest to relacja wyraźnie odbiegająca swą treścią od innych mówiących o tym, co miał wyczyniać ił-76 , bujając się to na prawo, to na lewo (w zależności od świadka) tuż nad ziemią – chyba że zestawimy ją z tą (także z 10-04) P. Wudarczyka operatora Polsat News, który opowiadał o… „startującym samolocie” (ale też nie wiadomo, czy Wudarczyk to widział osobiście, czy ktoś mu coś opowiedział i zadziałał głuchy telefon).

Spróbujmy najpierw ustalić, jak mógł – zgodnie ze „stenogramami MAK-u” – przybyć ił-76 na Siewiernyj. Jeśliby spojrzeć do „zapisów z XUBS” (zaprezentowanych przez „MAK” dopiero w styczniu 2011 ), to załoga „Frołowa” zgłasza w pewnej chwili „kontrolerowi” P. Plusninowi, że przechodzi punkt OGALI (w rus. „stenogramach” przekręcono na AGALI) oraz, że jest gotowa do zniżenia w rejonie czwartego (zakrętu). Jak widać na schemacie podchodzenia na Siewiernyj od wschodniej strony, który w swej książce zamieścił doc. Amielin , z OGALI – punkt ten oznaczony jest dwukrotnie po prawej stronie jako 1 – można podchodzić na smoleńskie wojskowe lotnisko zarówno zniżywszy się do odpowiedniej wysokości w rejonie 4 zakrętu, jak i kierując się od razu na dalszą wschodnią NDB. Ilustracja Amielina (wierna moskiewskiej narracji, w której „zachodnia ścieżka podejścia na XUBS” nie istnieje po prostu ) nie uwzględnia podejść z OGALI z okrążeniem lotniska od północy i z lądowaniem od zachodniej strony , ale to nas w tej chwili nie interesuje.

Jak wiemy z lektury „stenogramów szympansów”, załoga iła-76 zaraz po nawiązaniu łączności z Plusninem ustala z „kierownikiem lotów”, jakim kursem magnetycznym będzie podchodzić do lądowania. Jest to 2-5-9. Nie powinno zatem być żadnych niejasności, co do tego, jakie manewry ił-76 wykona, podchodząc, zwłaszcza że jego przylot – w swej końcowej fazie – odbywa się ze wspomnianego punktu OGALI, a więc od południowo-wschodniej strony, z odległości jakichś 74 km od XUBS. Ponadto rus. załoga potwierdza chwilę później, że kieruje się na priwod – czyli dalszą radiolatarnię (domyślamy się, że wschodnią, skoro ustalono wschodni kierunek podejścia). Tym niemniej „Frołow”, przylatując na Siewiernyj (ponoć z Moskwy, z lotniska Domodiedowo), wcale nie podchodzi do lądowania w rejonie 4. Zakrętu XUBS ani od dalszej wschodniej NDB.

Uważni czytelnicy „zapisów z XUBS” pamiętają, że w pewnym momencie pojawia się „zgrzyt”, ewidentne nieporozumienie między Plusninem a „Frołowem” (oficjalnie o godz. 9:18 rus. czasu ). Ten pierwszy niejako sądzi, że rus. załoga przygotowuje się do dokonania podejścia tak, jak zrazu zadeklarowała – ta ostatnia zaś „dziwi się”, że Plusnin wydaje komendę, jakby ił-76 podchodził od razu na prostą po wschodniej stronie lotniska. Co więcej (i co jest istotne w kontekście cytowanej wyżej relacji Świądra), rus. załoga podaje Plusninowi chwilę wcześniej (tu: 9:15 rus. czasu) przed tym nieporozumieniem, że znajduje się w rejonie pierwszego (zakrętu). Pierwszego, powtarzam, a nie czwartego. Innymi słowy – pilot informuje „kontrolera” , że „Frołow” jest już po zachodniej stronie lotniska. Ni stąd, ni zowąd. Ale i na tym nie koniec, ił-76 ma wtedy zajmować wysokość 3100m (i szykować się dopiero do zniżania do 2100m), mimo że we wcześniejszej wymianie komunikatów z Plusninem ustalono, że miał zająć 2100m (w trakcie – zachodzącego od minięcia OGALI – stopniowego zniżania) .

Z tego zaś wynikałoby, iż – zgodnie z relacją Świądra – „Frołow” najpierw przelatuje nad Siewiernym bardzo wysoko (ale nie tak wysoko, by nie był widoczny dla polskiego reportera stojącego na płycie) i wykonuje po tym przelocie zakręt z zachodniej ścieżki podejścia na północ, by od północy okrążać lotnisko przed swoim pierwszym „katastrofalnym” manewrem. Do takiego wniosku uprawniałoby też to, co zgłasza „Frołow” a propos wykonywania trawersu (po wyjściu z pierwszego zakrętu i zapewne wykonaniu lub „ścięciu” drugiego), czyli przelotu kursem 79 , przeciwnym do kursu podejścia 2-5-9, a zarazem równoległym do pasa startowego. To jest właśnie ta sytuacja nieporozumienia na linii „Frołow” – „Korsaż”. Plusnin wtedy jakby nie dosłyszy (komunikatu „Frołowa” dot. trawersu) , nakazując załodze iła-76 skręcać na priwod, co rus. pilot kwituje: a zacziem na priwod?, dziwiąc się, że miałby nagle (będąc na trawersie) lecieć na dalszą radiolatarnię, a więc „na skos” schematu podejścia. Plusnin poprawia się, nakazując „Frołowowi” lecieć na 3. zakręt, czyli kontynuować lot po prostej równoległej do pasa, a nawet wydłużyć wykonywanie trzeciego zakrętu (trzeci przeciągnijcie).

Nasuwają się więc tu różne pytania. Po pierwsze: czy mamy do czynienia z kompletnym „stenogramem” rozmów „na wieży” („wieżach”) Siewiernego, czy wybrakowanym ? To pytanie retoryczne. Po drugie: czyżby Plusnin z kolegami w mundurach przeoczył z wrażenia i nadmiaru obowiązków przelot „Frołowa” nad lotniskiem? Nie widział go zbliżającego się na radarze? Nie słyszał nad „wieżą”? Czy też został ten przelot (i prowadzenie iła nad pasem przez „kontrolera”) jakoś wycięty z „zapisów” jako „zbędna komplikacja” i tak skomplikowanego scenariusza wydarzeń z 10-04? Ktoś wolny od paranoi mógłby zaproponować takie rozwiązanie, że ił-76 przelatuje „dołem” (na południe od lotniska XUBS, nad miastem), co pozwala „Frołowowi” potem ustawiać się do wykonywania lotu po kręgu nadlotniskowym z uwzględnieniem wschodniej ścieżki podejścia (zgodnie ze schematem Amielina). Taki manewr byłby możliwy, rzecz jasna, lecz rus. załoga sama komunikuje Plusninowi, że jest na pierwszym zakręcie, a więc jakby przeleciała nad Siewiernym . Poza tym zakładamy, że Świąder z RMF-u nie miał halucynacji, relacjonując wysoki przelot rus. transportowca. Po trzecie: dlaczego „Frołow” nie ląduje zrazu (i jako pierwszy samolot z przylatujących na XUBS), tylko (na polecenie Plusnina) ma czekać na podejście „Wosztyla” (i w rezultacie na „pogarszanie się pogody”), skoro to rus. załoga 1) jako pierwsza nawiązuje łączność z „Korsażem”, 2) ma do pokonania mniejszą odległość aniżeli „Wosztyl” (z EPWA) i 3) jako pierwsza otrzymuje od Plusnina pełne, szczegółowe dane dot. lądowania, a ponadto 4) ma wieźć „samochody prezydenckie” i „dodatkową ochronę” ? Ktoś, kto nie ma nic wspólnego z paranoikami, mógłby odrzec: dlatego, że „Frołow” wylatuje i przybywa na smoleńskie Siewiernyj później od „Wosztyla” .

Tylko że nie wiemy dokładnie, o której przylatuje ił-76 do strefy lotniska, a więc, czy rzeczywiście trafia do niej po PLF 031 , a nie przed. (Pomijam tu z oczywistych względów wiarygodność, kompletność i ciągłość mgielnego sitcomu, mimo niemal całonocnego czuwania z kamerą polskiego montażysty w „stroju takim dość niekompletnym” w hotelu Nowyj, jak to opowiada na posiedzeniu ZP ). „Zapisy z XUBS” nawet w tej, zdawać by się mogło, zupełnie niewinnej materii (tzn. dokładnej godziny przylotu „Frołowa”) budzą wątpliwości. Najpierw Plusnin wykazuje się „jasnowidzeniem”, tj. „wie” skądś – mimo że nie dowiaduje się tego od „Frołowa” – że ił-76 ma być „gdzieś tak dwadzieścia po dziewiątej” (Plusnin ogłasza to o 8:46 rus. czasu, a więc 3 minuty po informacji, że rus. transportowiec wyleciał z Domodiedowa o 8:33). To „jasnowidzenie” zostaje wnet „potwierdzone” przez załogę „Frołowa”, która minutę później (8:47) komunikuje przez radio: dwudziesta minuta krąg. Ale już o 8:54 – więc 7 minut po informacji o tym, w jakim czasie (załoga) szacuje wejście na krąg nadlotniskowy – Plusnin podaje rus. pilotom pełny zestaw danych do lądowania, czyli (jak to ujmuje „komisja płk. Latkowskiego”): wzorcowy opis sytuacji meteo na lotnisku oraz wyposażenia radionawigacyjnego, z którego pomocy może skorzystać pilot . O 9:06 zaś „Frołow”, jak wspomniałem na początku notki, deklaruje gotowość schodzenia w rejonie czwartego (zakrętu) po przejściu punktu OGALI, o 9:08 już jest na wysokości 3000m. Plusnin odpowiada wtedy: 3000, 3000 na radiolatarnię, dodając informację o pogorszeniu się widzialności do tysiąca metrów. Na co „Frołow”: Informację przyjąłem, widzialność 1000m.

I co dalej z iłem-76? No, właśnie, co dalej. Przez 5 minut (od komunikatu z 9:08 zajmuję 3000), mimo że transportowiec miał do pokonania jakieś 70 km (od OGALI), pilot nie nawiązuje z „Korsażem” żadnej łączności (przynajmniej wedle „stenogramów MAK-u”), jakby ił-76 zastygł w miejscu, po czym o 9:13 załoga „Frołowa” podaje, że… dopiero wykonuje zniżanie do pułapu 3000m: 78-8-17, na radiolatarnię, 3600 zwolniłem, zniżanie do 3000, wasze kierowanie. Plusnina ani nikogo na „wieży” to nie dziwi. Natomiast między dwoma następnymi komunikatami „Frołowa”: 2100, prawa duża (godz. 9:13 rus. czasu) oraz: 8-17, na pierwszym 3100, zniżanie do 2100 (godz. 9:15) upływają raptem 2 minuty (jeśli wierzyć „zapisom z XUBS” ). Trzy minuty później rus. transportowiec ma być już na trawersie lotniska (9:18:25), a więc po wykonaniu/ścięciu drugiego zakrętu. Minutę (i 6 sekund) potem załoga iła-76 melduje „kontroli smoleńskiej” osiągnięcie trzeciego zakrętu (9:19:31), zaś po dwóch minutach (i 13 sek.) „Frołow” zgłasza Plusninowi (9:21:44): na czwartym, podwozie wypuszczone, mechanizacja 25-30.

Licząc zatem od 9:13 rus. czasu (komunikat: 2100, prawa duża) do 9:21 (komunikat: na czwartym) wychodziłoby, iż rus. transportowiec w przeciągu… 8 minut wykonuje przelot po kręgu nadlotniskowym, czego chyba konstruktorzy „zapisów z XUBS” w ferworze pospiesznej pracy montażowej nie zauważyli, chcąc poprzeplatać wypowiedzi załogi iła-76 z przeklejaną i posiekaną korespondencją: „Korsaż” – PLF 031, która rzekomo wtedy również się odbywa. Nieco dłużej bowiem (15 minut, licząc od godz. 9:24 do 9:39), choć też z pewnymi skrótami, wygląda drugie okrążenie lotniska wykonane przez „Frołowa”: 9:24 dalsza, 9:26 na pierwszym, 9:27 Wykonuję (niezr.), 9:27 (dopytywanie o warunki meteo po zachodniej stronie), 9:31 do trawersu, 9:32 na trzecim, 9:35 (Ryżenko) Wykonujcie czwarty, 9:37 dalsza, 9:39:02 (Plusnin) Wykonujcie odejście na drugi krąg. Jeśliby więc o 9:19 „Frołow” był na czwartym zakręcie, to odpowiednio, co najmniej 15 minut wcześniej musiałby nadlecieć od wschodu na prostą do (pierwszego) okrążenia Siewiernego, a więc o jakiejś 9:04. W ten sposób i red. Świąder musiałby z płyty lotniska widzieć ten pierwszy przelot iła-76 odpowiednio wcześniej, a tym samym: dużo wcześniej niż się oficjalnie opowiada (czyli np. o 8:50 rus. czasu) musiałoby zajść lądowanie „Wosztyla”.

To wcześniejsze lądowanie polskiego jaka-40 (ileś minut przed dziewiątą rus. czasu) pasowałoby do wypowiedzi Krasnokuckiego skierowanej do Sypki (w telefonicznej rozmowie): w 8:50 u niego posadka (…) nu normalno on zaszieł ). Naturalnie, w takim jednak scenariuszu PLF 031 nie mógłby wylecieć z Okęcia o 5:25-5:30 pol. czasu, jak głosi legenda warszawska, lecz o 5-tej – pierwsze niskie, „katastroficzne”, zajście „Frołowa” zaś też odpowiednio „cofnęłoby się” na smoleńskiej „osi zdarzeń”, skoro miałoby do niego dojść ca. 10 minut po lądowaniu PLF 031. Lokowałoby się ono (to pierwsze nieudane zajście „Frołowa”) wtedy zapewne o/tuż po 7-mej (pol. czasu) . Co najważniejsze – jeśli PLF 031 wyleciałby o 5-tej, to odpowiednio wcześniej odbyłaby się próba silników tupolewa, którą mieli dziennikarze obserwować już z pokładu jaka-40 .

Przenieśmy się teraz na chwilę do słynnego smoleńskiego hotelu Nowyj. Podczas posiedzenia ZP z udziałem montażysty Wiśniewskiego pos. Chłopek pyta świadka , skąd ten ostatni wiedział, że samolot będzie podchodził ze wschodniej strony – moonwalker odpowiada: Może nie tyle, co wiedział, że akurat ten samolot będzie podchodził od tej strony [podkr. S.W. – przyp. F.Y.M.], ale mając tą wiedzę i doświadczenie, w tym sensie, że dwa dni wcześniej lądowały z tego samego kierunku samolot z premierem Tuskiem i z premierem Putinem – było to takie, powiedzmy, założenie teoretyczne. Jeśli od tej strony te samoloty startowały i lądowały, znaczy, ląd-, lądowały od tego samego kierunku – to jest duże prawdopodobieństwo, że akurat to będzie ta strona. Jest to po prostu…, no, nie wiem, że traf, ale na chybił-trafił. (…) jeśli dwa dni wcześniej lądują samoloty od tego, z tego kierunku, to jest duże prawdopodobieństwo, że to też będzie z tego kierunku. Takie, po prostu, analiza, taka typowa, powiedzmy sobie, techniczna. A że akurat tak, tak miało to miejsce – nie było to na przykład wykalkulowane, że ktoś mi powiedział, dostałem jakieś informacje, czy jakiegoś maila, czy telefon, że na pewno z tej strony będą lądować. Po prostu tak ustawiłem kamerę.

To opowieść bardzo dziwnej treści i „analiza techniczna” również nie za bardzo typowa, zważywszy na okoliczności straszliwej „smoleńskiej mgły”, którą filmował z takim samozaparciem moonwalker (a która por. Wosztylowi nie pozwoliła zobaczyć nadlatującego tupolewa ). Chyba że… zrazu, sobotnim rankiem (10 Kwietnia), tej – ani żadnej innej – mgły przy Siewiernym nie było . Na to wskazywałyby wczesne (z 28-04-2010) „apokryficzne” przekazy Czerskiej Prawdy dotyczące zawartości mgielnego sitcomu, jakoby pogoda w okolicy XUBS prezentowała się na wideo Wiśniewskiego następująco: widać najpierw czyste niebo, potem wstają mgły . To przesłanie ma się nijak do tych apokaliptycznych obrazów, które prezentują: KBWLLP (w styczniu 2011) , SW (w lutym 2011 na posiedzeniu ZP) i Gargas (w filmie 10.04.10 zawierającym przyspieszoną prezentację fragmentów materiału montażysty) – wcale jednak nie musi być nieprawdziwe. Wiśniewski zaś, odpowiadając Chłopkowi, pomija ten dość istotny szczegół, jakim jest „pogoda nielotna” przedstawiana przez mgielny sitcom, która to pogoda dodatkowo wymuszałaby na pilotach podchodzenie od zachodniej, łagodniejszej pod względem ukształtowania terenu, strony lotniska (brak zdradliwego jaru, mniejsze zadrzewienie etc. ) – a tym samym nakazywałaby raczej niewystawianie kamery na parapecie hotelowym na wschód lotniska. Biorąc zaś pod uwagę to, że „nie zachowała się” kaseta SW ze sfilmowanymi przylotami z 7-04-2010 (aż 4 samolotów z Polski – było co dokumentować z hotelowego obserwatorium) i uwzględniając te wyliczenia, które zaproponowałem wyżej w niniejszej notce – to całkiem prawdopodobne wydaje się inne (niż to podane przez moonwalkera przed ZP) wyjaśnienie ustawienia kamery na ścieżkę podejścia 2-5-9.

Jakie? Skrótowo ujmując: o godz. 6:50 pol. czasu ląduje PLF 031, chwilę potem odbywa się przelot iła-76 nad lotniskiem i po jakichś 15 min. jego pierwsze nieudane zajście widziane przez dziennikarzy . Wiśniewski, sprowokowany tymi zdarzeniami, ustawia więc kamerę na parapecie hotelowego okna i włącza (o ile nie dokumentuje służbowo wszystkiego od początku owego ranka ). I moonwalker rejestruje kamerą tylko drugie „katastroficzne” zajście „Frołowa” koło 7:25 (wedle „zegara kamery” – nie musi to być czas rzeczywisty ). To zaś, co zostałoby zarejestrowane potem przez SW jako: słychać, a nie widać (o godz. 7:38/7:39?), byłoby już udokumentowanym przelotem innego statku powietrznego – z zachodu na wschód . I Wiśniewski wyłącza kamerę po godzinie (8:37 zgodnie z „zegarem kamery”), bo „nic się nie dzieje” na lotnisku ani w jego okolicy – być może nadeszła też do hotelu Nowyj informacja (np. SMS-em od kogoś znajomego z „firmy”), że PLF 101 został odesłany na zapasowe lotnisko .

Ale jak to zwykle w historii smoleńskiej bywa, gdy już coś się w miarę ustali i uporządkuje, to pojawia się problem z „zegarami” i ze znalezieniem zegarmistrza, który by je wyregulował – w wielowymiarowej ruskiej zonie. Por. Wosztyl 10 Kwietnia zeznaje , że „około 8:35” pol. czasu słyszy silniki tupolewa – jednakże nie słyszymy ich na mgielnym sitcomie Wiśniewskiego (podczas prezentacji na posiedzeniu ZP) – nie słyszał ich też G. Połtawczenko czekający na lotnisku przypomniany po latach w Anatomii upadku 2 , że nie wspomnę o amb. J. Bahrze. W tymże filmie Wosztyl opowiada , że o 8:38 rozmawia z Okęciem i jest to połączenie (drugie) już po przekazaniu informacji (o „katastrofie”) dowódcy 36 SPLT (podczas gdy gubernator S. Antufjew dziwny, nierealny, nienaturalny odgłos silników ma słyszeć dopiero o 8:38 pol. czasu). Były dowódca PLF 031 dodaje z wyrzutem: Pomimo tego, że były osoby, które wiedziały konkretnie, o której to miało miejsce, to jednak pozwalano mediom kreować rzeczywistość, która nie miała nic wspólnego z faktami. Pytanie tylko, czy do tej kreacji nie przyłożył jednak ręki i sam Wosztyl.

O wojskowych zegarach i nadzorach

Na to, że w dokumentacji KBWLLP pojawia się problem z „zegarem”, zwracałem m.in. uwagę w Uchod experimencie , wskazując na osobliwości znajdujące się w „stenogramach”, które do Załącznika 8 włączyła niezapomniana „komisja Millera”. W Zał. 8 najpierw wybija godzina „9:00 czasu moskiewskiego” (s. 140), następnie jest 10:30 (s. 159), potem mija 10:00 (s. 177), a później znów nastaje 10:30 (s. 195), które to osobliwości zegarowe korespondują zapewne z rozregulowanym zegarkiem płk. N. Krasnokuckiego nadzorującego „kontrolerów” z Siewiernego i twierdzącego w przeciągu trzydziestu minut: A teraz o dziewiątej raz i opadła mgła (rozmowa z Sypką w okolicach 9:20 trus. czasu), Ale kurwa, skąd mgła o godzinie dziesiątej? (z Plusninem koło 9:30), Skąd ona [wilgotność – przyp. F.Y.M.] się wzięła o dziewiątej godzinie? (z Kurtincem koło 9:40) .

W „raporcie Millera” na s. 13 przypis 1 informuje nas, że KBWLLP posługuje się czasem UTC, w związku z tym powinniśmy doliczać +2h, jeśli chcemy uzyskać „warszawski czas”, a odpowiednio +4h – „moskiewski”, a propos ustaleń KBWLLP dotyczących 10-04. Stosując proste zasady tej arytmetyki do informacji ze s. 39 (Wschód słońca w Smoleńsku w dniu wypadku był o godz. 03:02. Wypadek zdarzył się w porze dziennej, około trzech godzin po wschodzie słońca) uzyskujemy godzinę „katastrofy smoleńskiej” jako około 8:02 pol. czasu/10:02 rus. W dokumentacji KBWLLP pojawia się jednak nie tylko problem zegarowy, ale i równie interesujący problem z nadzorem wojskowym nad wylotami z 10-04.

W „raporcie Millera” na s. 84-85 pojawia się opis poszczególnych czynności i zdarzeń na Okęciu 10 Kwietnia związanych z bezpośrednim przygotowaniem załogi [PLF 101 – przyp. F.Y.M.] do lotu, poczynając od „około godz. 2:00” (tu: przybycie technika pokładowego), a na „5:08” kończąc (tu: odjazd schodów po wejściu na pokład ostatnich osób i zamknięciu drzwi) . Ze zrozumiałych względów, tj. z powodu „blackoutu na Okęciu”, na którym to stołecznym nowoczesnym lotnisku, tak jak na smoleńskim zapyziałym Siewiernym, nie wszystkie wojskowe urządzenia rejestrujące sprawnie zadziałały 10 Kwietnia, KBWLLP zamieszcza jedynie lakoniczny opis, a nie jakiekolwiek zdjęcia z płyty lotniska/wnętrza terminalu, tudzież kadry z monitoringu, na którego analizę się „komisja Millera” powołuje – obrazujące to, co się miało dziać. Tylko jednak paranoicy doszukiwaliby się tu jakichś wojskowych tajemnic. Cóż bowiem miano by ukrywać? I po co?

Tak więc wszystko powinno być jasne po lekturze opisu przygotowań (na Okęciu) z „raportu Millera”. Ale jasne jest jakby nie do końca. W przypisie na s. 85 pojawia się wszak taka, nazbyt lakoniczna, informacja – z innego, jak się możemy domyślać, monitoringu: O godz. 6:02 według systemu monitorignu biura przepustek. Ten moment czasowy ma wyznaczać przybycie zastępcy dowódcy pułku, który najpierw ma uzyskać aktualne informacje meteo, a następnie udać się do WPL na spotkanie z ówczesnym Dowódcą Sił Powietrznych, by złożyć „krótką relację z przygotowania załogi do lotu” . W ten też sposób przechodzimy do innego „punktu” w „raporcie” KBWLLP: Nadzór nad przygotowaniem załogi do lotu (s. 85-87). Ów zastępca dowódcy pułku (niewymieniony z imienia i nazwiska, by nie komplikować nieskomplikowanej sprawy rekonstrukcji sytuacji na EPWA) ma, wedle „raportu Millera”, sprawować nadzór nad bezpośrednim przygotowaniem i realizacją wylotów w dniu 10.04.10 (s. 84) – z polecenia szefa 36 SPLT. Tym niemniej, zwrot: godz. 6:02 – jeśliby zastosować „arytmetykę” proponowaną przez KBWLLP – oznaczałby 8:02 „czasu warszawskiego”, co – jakby mógł stwierdzić ktoś nierozgarnięty – sugerowałoby czas już po „wszystkich wylotach” (statków powietrznych z delegacją prezydencką) , zatem żadnego gen. A. Błasika zastępca dowódcy pułku (dalej jako ZDP) nie mógłby ani spotkać w terminalu ani też przekazać mu jakiegokolwiek meldunku . Wyglądałoby więc na to, że monitoring biura przepustek odnotowuje godzinę przybycia ZDP do specpułku zgodnie z „czasem warszawskim”, a nie UTC. Drobiazg – nie taki „czeski błąd” może się w wojskowej dokumentacji trafić, jak wiemy z „historii smoleńskiej”.

To jednak (tzn. przybycie ZDP o godz. 6:02) też stawiałoby pod znakiem zapytania punktualność owego ZDP, jeśli – a wiemy to z wielu źródeł – początkowo planowaną godziną odlotu PLF 101 miała być 6:30 „czasu warszawskiego”. Zresztą, jeśli ZDP miał nadzorować wyloty a nie jeden wylot – to czemu nie pojawia się on przed pełnym niespodzianek odlotem PLF 031? „Raport Millera” podaje (s. 84), iż owemu ZDP informację o wylocie PLF 031 przekazać ma telefonicznie dyżurny meteorolog lotniska (DML). Jakiś bałwan mógłby pokojarzyć te fakty tak głupio, że wychodziłoby mu, iż na Okęciu nie tyle ZDP, a ktoś zupełnie inny nadzoruje wyloty z 10-04. I rzeczywiście, na s. 86 swego „raportu” KBWLLP podaje bez mrugnięcia okiem, że: dodatkowo do koordynacji przelotów Kancelarii Prezydenta RP statkami powietrznymi Tu154 i Jak40 na trasie Warszawa – Smoleńsk w dniu 10.04.2010 r. wyznaczono Szefa Oddziału Transportu Lotniczego DSP (dalej jako SOTL). Jak czytamy dalej, miał on być (zgodnie z odpowiednim dokumentem) od godz. 3:00 osobiście odpowiedzialny za koordynację wylotów do Smoleńska. Przy zastosowaniu „zasad arytmetyki” KBWLLP tenże SOTL powinien być na EPWA o godz. 5:00 „czasu warszawskiego”, tj. w chwili uruchomienia silników jaka-40 (045) z pasażerami na pokładzie, nim się okaże, iż z powodu awarii ten jak-40 nie może wystartować .

Ale nie, właśnie. „Raport” KBWLLP podaje, że (nadzorca, koordynator, SOTL) przybył na WPL około godz. 4:10 (z 70-minutowym opóźnieniem w stosunku do polecenia przełożonego). Komisja ustaliła, że [SOTL – przyp. F.Y.M.] (…) nie był zapoznany szczegółowo z planami wylotów i nie wiedział, jaki samolot zapasowy był wyznaczony na ten wylot. Już pomijając w tym miejscu to, jak niezwykle skomplikowane musiały być te plany wylotów (raptem dwóch statków powietrznych, jak głosi od lat legenda moskiewsko-warszawska), że SOTL musiał się w nich pogubić i w zawiłej kwestii samolotów zapasowych – istotna jest ta informacja o owej godz. 4:10 (UTC pewnie) i 70-min., a więc dość sporym, jak na wojskowe i lotnicze realia, opóźnieniu. Dalibóg wychodziłoby, jeślibyśmy „doregulowali” ten „zegar KBWLLP”, że i ZDP wspomniany wcześniej (6:02), i SOTL (6:10) – obaj wojskowi mający koordynować wyloty specjalnych statków powietrznych z prezydencką delegacją – przybywają w dość podobnym czasie na Okęcie, a więc po 6-tej rano „czasu warszawskiego”, kiedy owe wyloty z Warszawy już się dawno, bo od dobrej godziny, zaczęły. I (przybywają owi koordynatorzy wojskowi) w sytuacji, w której, raz jeszcze przypomnę, zrazu planowano wylot „prezydenckiego tupolewa” na godz. 6:30 (co ruskiej stronie zgłoszono stosowną depeszą dyplomatyczną z parotygodniowym wyprzedzeniem). To znów mogłoby skłaniać jakiegoś „poszukiwacza dziury w całym” do idiotycznych podejrzeń, że de facto nadzór/koordynacja etc. nad wylotami z WPL 10-04 sprawowana była w jakiś dodatkowy – i chyba nieodnotowany przez KBWLLP w stosownej dokumentacji, sposób. Taki sposób niemonitorowany – tzn. „poza-zegarowy”.

Polski wkład w “raport MAK” (punkt węzłowy (3))

Widzę, że pan jest światowym ekspertem. Może by pan opracował przyczyny do naszego raportu?, miała w czerwcu 2010 r. zaproponować „akredytowanemu” płk. dr. E. Klichowi legendarna nie mniej od niego gen. T. Anodina . Światowy ekspert jednak odmówił, jak twierdzi, lecz, jak z kolei zauważa M. Krzymowski w trakcie wywiadu-rzeki z Klichem, dwie kluczowe tezy raportu MAK-u – obecność gen. Błasika w kabinie i podatność załogi na naciski – tak naprawdę Rosjanom podsunęli Polacy . To wszelako stanowczo za skromne podsumowanie „polskiego wkładu” w „raport MAK”. Ruska katastrofologiczna bumaga nie byłaby możliwa do opracowania bez przeprowadzonego przecież także przez Polaków – tu: ppłk. S. Michalak, płk. Z. Rzepa i ppłk. W. Targalski (plus gościnnie ppłk. B. Stroiński) – chałupniczego „odsłuchu” zaszumionych „zapisów CVR” przypisywanych załodze PLF 101 i „gościom w kokpicie”. Bez „stenogramów rozmów w kabinie”, do których „MAK” mógł się wielokrotnie odwoływać, nie dałoby się uruchomić „na dobre i na złe” całej moskiewskiej narracji dotyczącej „prezydenckiego tupolewa”. A ściślej bez tego „kamienia węgielnego” (na który wskazywałem w Suplemencie ), jaki stanowią rozmowy załóg PLF 031 i PLF 101.

Ich treści zaś okazują się moskiewskim „badaczom” znane już w połowie maja 2010 (a więc na dwa tygodnie przed oficjalną publikacją „stenogramów” przez polskie MSWiA), jak można sądzić, skoro upublicznia je 19 maja 2010 tzw. wstępny „raport MAK” (w całości przedrukowany potem przez forpocztę moskiewskich katastrofologów, smoleńskiego fotoamatora i specjalisty od analiz smoleńskiego drzewostanu, doc. S. Amielina w jego książce Ostatni lot. Spojrzenie z Rosji) – wykazując jakby, że to właściwie załoga „Wosztyla” sprawowała niejako „kontrolę lotu” na XUBS, a nie szympansy . To piloci PLF 031, którzy, jak potem odkryli Ruscy (bo zrazu nikt o tym nie opowiadał), wylądowali na XUBS bez zgody „wieży”, mieli w kilku rozmowach podawać załodze PLF 101, jakie są (dynamicznie zmieniające się) warunki na smoleńskim wojskowym lotnisku oraz, co się na XUBS dzieje (vide „manewry iła-76” ). Mimo że „wstępny raport MAK” nie podaje literalnie treści tychże rozmów, a tylko je omawia, to od razu podane są dokładne godziny połączeń. Te zaś są zsynchronizowane w moskiewską osią czasu, na której uporządkowano „zdarzenia smoleńskie” – zgodnie z jej „punktem zero”, a więc tym, do którego się dostosowuje potem całą ofic. narrację, czyli z „godziną Morozowa” (a nie np. z „godz. Szojgu” (10:50 ), „godz. Bastrykina” (10:40 rus. czasu ), „godz. Antufjewa” (10:38 rus. czasu ), „godz. Amielina” (10:39 rus. czasu – zerwanie się linii enrgetycznej przy XUBS), „godz. Wosztyla” (około 8:35 pol. czasu ), ani tym bardziej „godz. Pyzy” („około 10-tej” rus. czasu ), tudzież „godz. Bodina” („około 10-tej” rus. czasu ).

Wprawdzie legendarnego por. Wosztyla, jak sam przyznawał kiedyś, bodajże w rozmowie z red. Pyzą (w dniach „afery trotylowej”, gdy Wosztyl pojawił się na krótko na posiedzeniu ZP ), obowiązywał ze strony przełożonych zakaz udzielania wywiadów , ale chyba zakaz ten nie był taki do końca precyzyjny (tzn. nie dotyczył wszystkich mediów), skoro dla Czerskiej Prawdy już dwa dni po „wstępnym raporcie MAK”, 21 maja 2010, czas na taki exclusive interview można było znaleźć . I w tejże eleganckiej rozmowie, w której pewne rzeczy Wosztyl mówi, pewnych „nie może wyjawić”, A. Kublik z W. Czuchnowskim, świeżo upieczeni wtedy, wybitni znawcy lotnictwa i katastrof, światowi eksperci, można rzec (odwołując się do spostrzeżenia Anodiny odnoszącego się do Klicha), odwołują się właśnie do moskiewskich „ustaleń godzinowych”, jeśli chodzi o połączenia między PLF 031 a PLF 101. Są to, według nich, odpowiednio 8:25, 8:30 i 8:37, choć dalibóg Ruscy podają na konferencji ruskie namiary czasowe (stosownie do 10:41:06 jako „godziny katastrofy”). Domyślamy się jednak, że bystrzy redaktorzy Czerskiej Prawdy wiedzą w maju 2010, w jaki sposób „uporządkować zdarzenia” na polskiej osi czasu, choć 10 Kwietnia – od zawsze najlepiej poinformowana – Czerska Prawda podaje w nadzwyczajnym wydaniu nawet „8:57 polskiego czasu” jako „godzinę katastrofy” – i wiedzą jaką zastosować „różnicę czasów”, by się w „zegarach smoleńskich” nie pogubić.

Wosztyl, indagowany przez Czerską Prawdę o godziny połączeń PLF 031-PLF 101 (podawane przez „MAK” we „wstępnym raporcie”), odpowiada krótko: Nie spoglądałem na zegarek. I po sprawie. Choć wydawać by się mogło, że rozmaite „zegarki” i „zegary” należą do najczęściej używanych przez pilotów urządzeń. Nasuwa się tymczasem fundamentalne pytanie, wracając do „ustaleń MAK-u” (podanych 19 maja 2010): skąd miano by wiedzieć, kiedy dokładnie zachodzą połączenia radiowe między PLF 031 a PLF 101 w dn. 10-04 ? Chyba nie z samego odsłuchu zapisów CVR, skoro tam, na tychże właśnie „nagraniach”, ani członkowie załogi jaka-40: chor. R. Kowaleczko, ani por. Wosztyl, ani chor. R. Muś, ani też drugi pilot PLF 101 ppłk. R. Grzywna – nie podają, o której godzinie/minucie zachodzi dana radiowa korespondencja (załoga PLF 031 nie podaje nawet pory swojego lądowania ani też godzin/minut manewrów iła-76). Skąd mogliby te dokładne chwile połączeń PLF 031-PLF 101 znać owi odsłuchujący zapisy CVR, skoro (ruchomą) „godzinę katastrofy” ustalono na drodze „negocjacji” albo, mówiąc ściśle, zupełnie arbitralnie?

Można podejrzewać, że „godziny połączeń” radiowych między dwiema polskimi załogami – w ruskiej, zakrzywionej czasoprzestrzeni – zostałyby ustalone… na podstawie „zapisów z XUBS” zgranych chałupniczą metodą i – dodajmy dla porządku – nieopublikowanych, tak, nieopublikowanych 1 czerwca 2010 (wraz z „zapisami CVR” na stronie polskiego MSWiA). Jak jednak mógłby zauważyć w tym kontekście jakiś kompletny paranoik – najwyraźniej treści rozmów między PLF 031 a PLF 101, jak i godzin połączeń nie ustalano by na podstawie drobiazgowych przesłuchań członków załogi PLF 031 (np. przeprowadzonych 10 Kwietnia po powrocie jaka-40 bn. 044 do Polski). To byłoby przecież najprostszym, także ze względów technicznych, zabiegiem do wykonania, niewymagającym ani chwili żmudnych „badań fonoskopijnych”. Co więcej, treści tychże rozmów (między polskimi załogami) oraz poszczególne (choćby orientacyjne) godziny połączeń z 10-04, można by upublicznić już nazajutrz po „katastrofie”. A jeśli nie nazajutrz, to w poniedziałek, 12-04-2010, zanim cokolwiek w tej materii orzekłby „MAK”.

Na to najprostsze rozwiązanie jednak jakoś „nikt nie wpadł” nad Wisłą, choć tu takie tęgie głowy od tylu strategii i sytuacji kryzysowych pracują non-stop – a zwłaszcza głowy od zabezpieczania taśm najprzeróżniejszych. Jakimś „zrządzeniem losu”, dodatkowo, nadpisuje się 10 Kwietnia taśma CVR tegoż „Wosztylowego” jaka-40 w drodze ze Smoleńska do Warszawy, taśma, która, nie ma co kryć, winna być bezwzględnie zabezpieczona przez polskie służby już w Smoleńsku . Jakimś przypadkiem też „taśmy jaka-40” mające rejestrować połączenia radiowe załóg lecących na Siewiernyj (tu, wedle legendy, „Frołowa” oraz „Protasiuka” wyłącznie ) trafiają na długie lata do wojskowego depozytu. Jakimś nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności „zapisy CVR” PLF 101 okażą się tak zaszumione, zabuczone buczeniem ruskiego prądu etc. i wymagające tak wielu filtracji , że powstanie kilka odmiennych wersji „odsłuchanych” , a jeszcze więcej wersji „apokryficznych”, zasłyszanych od kogoś „zbliżonego do” źródła słuchającego . Jakieś fatum zaś sprawi, że „zapisy z XUBS” , czyli dialogi szympansów mundurowych, ujrzą światło dzienne dopiero po opublikowaniu „końcowego raportu MAK”, a więc w styczniu 2011. Nie wcześniej, mimo że polska strona posiada kopie „rozmów na wieży” w drugiej połowie kwietnia 2010.

Zapisy rozmów „kontrolerów”, podane do publicznej wiadomości odpowiednio wcześnie, pozwalałyby po pierwsze: skonfrontować to, co dałoby się „odsłuchać” z „rozmów w kokpicie PLF 101”, jak i to, w jaki sposób wyglądały inne korespondencje radiowe na linii XUBS–załogi – (skonfrontować) z tym, co zeznają piloci PLF 031 (gdyby tych ostatnich szczegółowo przesłuchano). Po drugie, pozwalałyby ustalić, jak miała wyglądać łączność „Korsaż”–PLF 031, którą „wstępny raport MAK” z 19 maja 2010 pomija milczeniem. Tak jak i pomija milczeniem sprawę niewydania zgody na lądowanie PLF 031 na XUBS , o których to (niewydaniu zgody i lądowaniu) należałoby wspomnieć na (majowej) konferencji „MAK-u” jako o incydencie lotniczym poprzedzającym w Smoleńsku cały ciąg „incydentów” typu: „katastrofalne przeloty iła-76” oraz „katastrofa smoleńska prezydenckiego tupolewa”. Patrząc zresztą na unikatowy „zapis mgły” dokonywany z parapetu hotelu Nowyj przez polskiego montażystę, prezentowany fragmentarycznie w styczniu 2011 przez KBWLLP wraz z wycinkami „zapisów z XUBS”, a następnie przedstawiony w „większych całościach” na posiedzeniu ZP, jakiś baran mógłby zadać pytanie: jak to się stało, że w tak gęstej mgle (widzimy ją, zgodnie z „zegarem kamery” już o 7:19 pol. czasu) 10 Kwietnia nie dochodzi do „katastrofy jaka-40” lecącego nad zdradliwym jarem po wschodniej stronie lotniska, jarem, nad którym „głupieją wysokościomierze”? No bo, że załoga „Frołowa” niejako „ociera się o katastrofę”, to wiemy z relacji świadków z jaka-40 – ale z kolei i „Frołowa” zapisy CVR jak i inne dane okazały się „niepublikowalne” dla „MAK” i KBWLLP.

Historia z „zapisami z XUBS” (dialogi szympansów w „wieży”) jest intrygująca jednak nie tylko dlatego, że nie zostają one upublicznione równolegle z „zapisami CVR” PLF 101 (te ostatnie, przypomnę, wychodzą w dn. 1-06-2010, te pierwsze zaś, mimo że do ich „deszyfracji” nie trzeba było wielomiesięcznego odbuczania, dobre pół roku później dopiero). Przede wszystkim intryguje ona z tego powodu, że oba „nagrania” opublikowane są w wersjach „stenogramowych” – nie udostępnia się ich w całości w wersjach audio. Nigdzie i nigdy. Wprawdzie zarówno „MAK”, jak i KBWLLP posługują się w swych prezentacjach/na konferencjach fragmentami zapisów dźwiękowych, ale nie istnieje żadne oficjalne źródło, z którego można by pobrać pełną kopię „nagrań” (czy to „rozmów z kokpitu PLF 101”, czy dialogów „kontrolerów”). To w rezultacie skutecznie uniemożliwia przeprowadzenie jakiejkolwiek niezależnej analizy tychże magnetofonowych zapisów i porównania ich ze „stenogramami”. Przypadek to taki, jak ze „zniknięciem” karty z zachodnim podejściem do lądowania na XUBS – „zniknięciem” i z „dokumentacji MAK”, i z tej KBWLLP.

I na koniec warto wrócić do… pominiętych i pomijanych systematycznie przez katastrofologów przesłuchań członków załogi PLF 031. Zeznań pilotów „Wosztyla” (ani stewardessy) nie opublikowano w jakimś oficjalnym dokumencie, a przecież obfitują one w liczne zagadki. Zagadka goni w tych relacjach zagadkę – nawet, a może zwłaszcza, w tych przeciekach dot. protokołów zeznań, które pojawiły się w mediach – ba, również na posiedzeniu ZP z udziałem Wosztyla. Oczywiście ZP skoncentrowany usilnie na „eksplozji tupolewa w przestworzach” nie dostrzega tych wielu zagadek w zeznaniach członków załogi PLF 031, ale my możemy na nie zwrócić uwagę. Nie chodzi o „zgodę kontrolerów na zejście do 50 metrów” – tę kwestię obtrąbiono w mediach i „wyjaśniono”, że piloci jaka-40 musieli się przesłyszeć, a poza tym słabo znali ruski. Nie chodzi również o to, że wg Wosztyla (zeznania z 10-04) mieli wylądować jakiem-40 o 9:25 rus. czasu , co by znaczyło, że na mgielnym sitcomie widać „zarys jaka”, a nie „zarys iła” :).

Chodzi o to, że 1) Wosztyl zeznaje (10 Kwietnia, zaznaczam, na długo nim „stenogramy CVR” PLF 101 się zmaterializują), że korespondencję ze smoleńską wieżą prowadzi zrazu nawigator por. A. Ziętek – i o to, 2) że Muś zeznaje 23 czerwca (2010) (co przypomina ZP na swym historycznym posiedzeniu z Wosztylem): w końcowej fazie lotu kontroler zapytał się, czy chcą lądować. Załoga odpowiedziała, że warunkowo podejdziemy. Kontroler wyraził zgodę na podejście. Otóż ani korespondencji Ziętka nie ma w „zapisach CVR” PLF 101 (tę ma prowadzić od razu mjr A. Protasiuk), ani nie ma pytania żadnego „kontrolera” z „Korsaża”, czy załoga „prezydenckiego tupolewa” chce na Siewiernym lądować. Nie ma też odpowiedzi polskich pilotów na takie pytanie – sformułowanej w postaci: warunkowo podejdziemy. I nie ma wypowiedzianej zgody na lądowanie ze strony „kontroli” XUBS. Ponadto, przypomnę, co wielokrotnie sygnalizowałem, „kontrola” nie przekazuje załodze PLF 101 kursu lądowania (posadocznyj 2-5-9) ani też załoga PLF 101 nie deklaruje, że będzie wykonywać lądowanie (posadku); nie prosi także o kurs lądowania ani o zgodę na wykonanie lądowania.

Czy dlatego „kamień węgielny” (oficjalnej narracji) w postaci korespondencji między polskimi załogami rzeźbiono tygodniami z zupełnie innego kruszcu aniżeli zeznania pilotów PLF 031, z których to relacji wyłania się zupełnie odmienny obraz zdarzeń z 10-04 od tego, który aż za dobrze znamy? Ktoś może tu powiedzieć: zaraz, ale czy Protasiuk nie ogłasza „kierownikowi” Plusninowi: jeśli można, to spróbujemy podejścia, ale jeśli nie będzie pogody, to odejdziemy na drugi krąg? Owszem, takie, powiedzmy, zgłoszenie, się pojawia w „stenogramach” – tyko że nie w końcowej fazie lotu, jak to miał słyszeć Muś – a (trzymając się czasu „stenogramów”) zaraz po nawiązaniu łączności z „Korsażem” i… po wypowiedzi Plusnina: warunków do lądowania nie ma. Tak więc, po pierwsze, Protasiukowi (jeśli faktycznie byłaby to autentyczna odpowiedź na komunikat płynący z „Korsaża”) nie chodzi o lądowanie, a o kontrolne zajście (podchod). Po drugie – (i to chyba ważniejsze, jeśli bierzemy pod uwagę ewidentny aspekt manipulowania „zapisami CVR”) – nie wiadomo, czy Muś mógłby tę korespondencję w ogóle słyszeć, a nawet jeśliby jakoś słyszał, to czy by na nią zwracał uwagę, skoro równocześnie (wedle „zapisów”) z rozmową Protasiuk–Plusnin toczyłaby się rozmowa Grzywny i Wosztyla przez radio. Jeśli więc Muś słyszał to, o czym zeznawał, to jest to kolejny dowód na to, iż „kamień węgielny” moskiewskiej legendy wykonany został z paskudnej podróbki i zarazem wyjaśnienie, dlaczego zdeponowane „taśmy jaka” z wolna pokrywają się zielonkawym mchem. Zwłaszcza że do ich odzyskania wcale nie potrzeba „sprowadzania wraku” ze Smoleńska.

Co wyciął S. Wiśniewski, filmując z parapetu?

W niezapomnianym filmie A. Gargas 10.04.10 (od 2’33’’ materiału wideo) można obejrzeć przewijanie mgielnego sitcomu S. Wiśniewskiego, czyli „zapisu z parapetu” smoleńskiej niepogody (ponoć pochodzącego z 10-04 z godzin 7:19-8:37 pol. czasu). Cechą charakterystyczną tej skróconej emisji materiału wideo polskiego montażysty w materiale Gargas jest to, że nie widać historycznego momentu nadejścia blacharzy . Oczywiście znakomita dokumentalistka ze szkoły Macierewicza, która z tymi blacharzami nie zrobiła, niestety, żadnych wywiadów, pokazuje ich za jakiś czas w 10.04.10 (od 5’32’’), jak się krzątają, a poza tym uważne oko (podczas przewijania w zwolnionym tempie lub „poklatkowo”) jest w stanie wyłapać sylwetkę blacharza z emisji „przyspieszonej” (2’45’’) – ale jakby sama minuta/sekunda „nadejścia”, a może lepiej byłoby rzec: „najścia”, blacharzy, jakby zostaje tu pominięta.

Jakiś „sceptyk” mógłby się teraz zdumiewać, po jakie licho mogą nas obchodzić takie głupie detale, jak chwila pojawienia się blacharzy na tarasie przed oknem hotelowym polskiego montażysty, który tyle swego zawodowego czasu przeznaczył na obserwowanie i rejestrowanie smoleńskiej mgły . Sprawa jednak jest intrygująca i poważna, wszak to z powodu tychże blacharzy miał Wiśniewski „przerwać filmowanie”, obawiając się o los swej pamiątkowej kamery, której na szczęście nic się nie stało. Bezcenny znów (w materii moonwalkera i jego prac w smoleńskiej montażowni , tudzież pracowni dokumentalisty) okazuje się występ SW przed Zespołem Parlamentarnym – w lutym 2011 – tam bowiem zaprezentowana zostaje „końcóweczka” mgielnego sitcomu w zwykłym tempie (pomijając cyrk z przewijaniem, kiedy zrazu mgielny sitcom „przewinąć się nie daje”). Otóż podczas tej normalnej emisji blacharze (najpierw jeden, a następnie drugi) pojawiają/wyłaniają się z… lewej strony kadru, kamery i okna – przechodząc na prawą.

Jakie to może mieć znaczenie, spytałby „sceptyk”? Takie, że powinni blacharze wejść po tarasie z prawej strony i najpierw przejść przed oknem Wiśniewskiego, by móc niejako schować się po tej lewej stronie, nim rozpoczną swój „remontowy” show. Zdjęcia hotelu Nowyj i narożnego pokoju, w którym miał pracować „w dniu katastrofy” moonwalker (także te zamieszczone w 10.04.10), nie pozostawiają w tym obszarze cienia wątpliwości – taras kończy się po lewej stronie zaraz za oknem wychodzącym na wschodnią ścieżkę podejścia na XUBS . Nie ma mowy więc, by blacharze tam się znaleźli bez wcześniejszego przemarszu przed obiektywem kamery SW, chyba że użyliby drabiny, by ukradkiem i cichaczem dostać się na taras. Trudno sobie wyobrazić też, by przez godzinę i kilkanaście minut (zgodnie z zegarem kamery smoleńskiego zegarmistrza) dwaj blacharze waciowali skuleni po lewej stronie przy murze, nie dając znaku życia i nie pojawiając się w oknie, tak, by dopiero o 8:36 zacząć się „ujawniać” przed kamerą ze swymi pilnymi robotami „odstraszającymi” dokumentalistę mgły.

Co z tego wynika? To, że 1) mgielny sitcom jest materiałem pociętym i 2) coś zostało w nim z jakiegoś powodu pominięte, 3) blacharze musieli się zjawić wcześniej i przejść na lewą stronę okna; jeśliby zaś pracowali wcześniej, to 4) zdjęcie i wyłączenie kamery wcale nie musiało mieć związku z ich robotami na tarasie. Jakiś „sceptyk” powie: ale jakie to może mieć znaczenie dla „katastrofy smoleńskiej”? Takie chociażby, że mgielny sitcom ma być „materiałem dowodowym” prezentującym nie tylko „smoleńską mgłę” z 10-04, ale też (częściowo) „ruch lotniczy” przy smoleńskim wojskowym lotnisku, po wschodniej stronie XUBS (vide styczniowa 2011 konferencja/prezentacja KBWLLP ). To, że wideo z parapetu hotelowego okna może być nieciągłe, można było wywnioskować z faktu, iż SW w pewnym momencie zmienia ustawienie kamery . Moment, w którym ta zmiana zachodzi, może być zarazem chwilą wyłączenia kamery – wyłączenia choćby po to, by na nowo ją ustawić, wyregulować etc. To zaś, że nie widzimy momentu tego przestawiania kamery (na statywie lub wraz z nim), dodatkowo świadczyłoby, iż została wyłączona. Na jak długo jednak? Co się wtedy działo? Czy było to jedyne wyłączenie kamery, czy też takich zabiegów wykonano więcej? Czy 7:19 to początek filmowania, czy był jeszcze „wcześniejszy odcinek”, ale się zbył? Po co została kamera ponownie włączona po godz. 7:38, skoro była tak kiepska widoczność? Co się „nie zarejestrowało” w przerwie ? To pytania do „montażysty katastrofy smoleńskiej”, których ZP nie zadał, bo i po co.

W rozmowie z pos. A. Sikorą (na posiedzeniu ZP) Wiśniewski unika otwartej odpowiedzi na jej pytanie, czy włączał i wyłączał kamerę, twierdzi jednak, że przestawił ją, cytuję: po tej sytuacji, gdy widzia-, słyszałem samolot, a nie widziałem . Gdy zaś przypomnimy sobie relację SW choćby z wywiadu dla Rzeczpospolitej (13-04-2010) , jakoby miał być świadkiem podchodzenia do lądowania (oraz odlatywania) „prezydenckiego samolotu” (czyli, jak można sądzić, tupolewa ) – to sprawa tego, co to mógł być za samolot (słyszany, a nie widziany), po przelocie którego SW zmienia ustawienie kamery, staje się dużo poważniejsza . Niemniej jednak prezentując na posiedzeniu ZP (bez „zegara kamery”) kadry , w których słychać, a nie widać, jak komentuje montażysta przed parlamentarzystami, świadek dodaje wyjaśniająco: I leci iłuszyn. Słychać, a nie widać. Macierewicz wtedy wtrąca uwagę: to jest drugie zajście, lecz SW wcale nie odpowiada twierdząco, po prostu: tak, drugie zajście, tylko kluczy, jakby nagle wyłoniła się jakaś arcyskomplikowana kwestia w jego pracy dokumentalisty smoleńskiego: to… zzz… yyy…, znaczy, nie wiem, które, pierwsze, drugie, to, tu, no, tego, ale… w tym momencie powinien być tu widoczny iłuszyn. Ni ma.

Jak to Wiśniewski może nagle nie wiedzieć, które to zajście, skoro miały być dwa, jak głosi moskiewska legenda, a pierwsze prezentowane jest przez mgielny sitcom w postaci świetnie nam znanego „widma” przelatującego iła-76? Jak też Wiśniewski może wiedzieć, że to drugie zajście to akurat iłuszyn (plik, z tym fragmentem zapisu parapetowego posiada opis: LADOWANIE ILA-76 ), skoro tym razem ewidentnie samolot słychać, a nie widać – sam zaś SW mówi w jednym z wywiadów z 10-04, że nie jest aż takim znawcą, by po dźwiękach silników rozpoznawać typ statku powietrznego ? Skąd też SW może wiedzieć, iż ten samolot, który słychać, a nie widać, przelatuje ze wschodu na zachód, a nie odwrotnie? Na posiedzeniu ZP sam przecież świadek wyznaje, iż zdziwić go miało to, że nie widzi samolotu i zastanawiał się, czy prawidłowo ustawił kamerę, a więc, czy podejście nie jest wykonywane z innego kierunku . Wyznaje to tak, jakby słyszał, właśnie, słyszał, że ten przelot zaszedł inaczej niż poprzednie. Co również warte zaznaczenia, nie ma na mgielnym sitcomie żadnego komentarza moonwalkera zza kamery (analogicznego jak te, które są podczas wędrowania po „miejscu katastrofy”) na temat tego, co się dzieje za oknem, a to aż się prosi o komentarz. SW nie kwituje żadną uwagą ani „pierwszego zajścia”, ani tego pokazanego jako „nie wiadomo, które” . I po tym „nie wiadomo którym” podejściu SW ma wyłączyć i przestawiać kamerę na parapecie, co zarazem daje mu też czas i możliwość wycięcia czegoś – skasowania, nadpisania itd. Wycięcia czego? Co mógłby/miałby wycinać moonwalker na swym sztucznie domglonym materiale wideo? Co mogłoby „nie pasować” do „chronologii” rejestracji zaokiennej pogody dn. 10-04? Na pewno nie odgłos przelatującego gawrona albo zięby, którą słychać na moonfilmie.

Moskiewska legenda głosi, że 10 Kwietnia o 7:15 pol. czasu wylądował na XUBS „Wosztyl”, a o 7:25 i 7:38 dokonał niskich przelotów ze wschodu na zachód „Frołow”. Tego pierwszego (z trzech wymienionych) manewru lotniczego Wiśniewskiemu „nie udało się” udokumentować (włącza kamerę ponoć o 7:19 ), więc zostawałyby (zgodnie z ofic. narracją) jeszcze dwa – te „Frołowa”, prawda? No bo blisko godzinę potem, licząc od 7:38, (znikąd) przybywają na taras (o 8:36) blacharze, zmuszając montażystę do zdjęcia kamery i jej wyłączenia, a wtedy akurat dochodzi do „katastrofy”, której SW „nie zdąży” sfilmować , ale przynajmniej „zdąży zobaczyć” w „rozwiewce we mgle” nad ul. Kutuzowa , mimo przesłaniających wszystko, wysokich drzew i mimo irytującej krzątaniny blacharzy. Co zatem mógłby SW wyciąć z mgielnego sitcomu? Mógłby wyciąć, uwaga, …drugi przelot „Frołowa”.

Chor. R. Muś, który miał na płycie smoleńskiego lotniska obserwować oba zajścia ruskiego transportowca, twierdzi w wywiadzie z 6 lipca 2010 , że w przypadku tego drugiego manewru: [t]ym razem jednak Rosjanie zupełnie nie trafili w pas. My staliśmy na drodze do kołowania oddalonej od niego o ok. 70 metrów. Ił wyszedł niemal dokładnie nad nami. Wiedział, że nie jest nad pasem, więc przed przelotem nad naszym Jakiem już miał obroty startowe i nie kombinował tylko odlatywał. Z tego opisu zaś można wysnuć taki wniosek a propos mgielnego sitcomu, że, przelatując ze wschodu jeszcze bardziej na południe (w stosunku do osi pasa), „Frołow” powinien być nawet lepiej widoczny z okna hotelowego Wiśniewskiego niż „za pierwszym razem”, gdyż byłby jeszcze bliżej hotelu Nowyj aniżeli podczas „pierwszego zajścia”.

„Sceptyk” powie na to wszystko: to niemożliwe. Jaki interes miałby polski montażysta w wycinaniu drugiego zajścia „Frołowa”? Jaki to wycinanie miałoby sens? Pomijając już teraz to, czemu faktycznie miał służyć przelot ruskiego transportowca nad polanką samosiejek, to cel takiego zabiegu montażowego byłby przede wszystkim taki, by zachowana została w pewnym „nienaruszonym ciągu zdarzeń” moskiewska konstrukcja narracyjna (której SW stara się być wierny ). Zgodnie z nią o 7:25 i 7:38 zachodzą przeloty „Frołowa” i niczego, nikogo więcej – o 8:40/8:41 zaś dochodzi do „katastrofy smoleńskiej”. Liczba „zajść we mgle” na mgielnym sitcomie musiałaby wynosić dwa – detale byłyby do uzupełnienia gadką-szmatką. Tymczasem E. Klich w piśmie z 15-04-2010 do D. Tuska, nadmienia, powołując się na relację jednego z pracowników XUBS: Próby lądowania samolotu Ił-76 były po lądowaniu samolotu Jak-40 (czas ten dokładnie nie jest w tej chwili znany ). Po odlocie samolotu Ił-76 z KL nawiązała łączność załoga jakiegoś samolotu, który chciał lądować na lotnisku w Smoleńsku i KL nie wydał zgody na lądowanie. Czyżby zatem moonwalker pozostawił na mgielnym sitcomie zajście tego właśnie samolotu, którego, jak sądził, pomylił z „prezydenckim tupolewem”? To by dopiero był klops dla katastrofologów – by nie rzec, katastrofa.